Od początku września w szkołach i przedszkolach obowiązuje tzw. rozporządzenie sklepikowe, które zakłada, że w jadłospisach tych placówek dzieci znajdą więcej warzyw i potraw na bazie nasion roślin strączkowych, a mniej mięsa. Taki sposób odżywiania nazywany jest dietą planetarną. Gdy o zmianach zrobiło się głośno, politycy momentalnie zaczęli bronić tradycyjnego obiadu przed wegetariańską rewolucją, przepraszam, ideologią. Były zarzuty o „ideologiczne szaleństwo” czy eksperyment na dzieciach.

Czytaj więcej

Paulina Szewioła: Za mało mięsa, czyli koniec świata. Spór wokół diety w szkołach

Badania pokazują, że nie boimy się diety roślinnej 

Tymczasem z badania Biostat, przeprowadzonego na zlecenie kampanii RoślinnieJemy na reprezentatywnej próbie tysiąca osób, wynika, że 66 proc. badanych pozytywnie ocenia wprowadzenie do szkolnych i przedszkolnych stołówek obiadu na bazie roślin strączkowych. Przeciwnego zdania jest 11,3 proc. To dość dobry wynik jak na rzekomą rewolucję, która ma budzić powszechny sprzeciw. Siedem na dziesięć osób badanych przez Biostat zgodziło się też ze stwierdzeniem, że obiad na bazie roślin strączkowych może być równie pełnowartościowy jak ten z mięsem. Lekarze i dietetycy to zresztą potwierdzają.

Z komunikatu, który dostałam w tej sprawie, wynika jednocześnie, że same dzieci też polubiły niektóre dania bezmięsne, jak choćby zupę krem z dyni z pestkami, przygotowaną na wywarze warzywnym. I zanim ktoś mi powie: „A moje nie lubi dyni”, to odpowiem: zdarza się, może przypadnie mu do gustu coś innego. Te dane tylko potwierdzają to, o czym pisałam już na łamach „Rzeczpospolitej”: dzieci nie czytają politycznych wpisów na X. Po prostu jedzą. A ostateczna ocena dania zależy od tego, czy im ono smakowało.

Czytaj więcej

Co dziesiąty Polak w ogóle nie pije wody. NFZ bije na alarm

Jadłospis w szkołach i przedszkolach. Wszystko zaczyna się w domu 

Cieszy mnie to, że dorośli masowo nie podchwycili też tej negatywnej narracji. Oczywiście nie ma co udawać, że zmiana jadłospisu w szkole automatycznie rozwiąże wszystkie problemy żywieniowe dzieci. Bywają one wybredne (zresztą tak jak dorośli), a stołówki mają różne możliwości. Nowe menu trzeba dobrze przygotować, a dania powinny być smaczne. Ale to połowa sukcesu. Druga połowa to kontynuacja wdrażania dobrych nawyków żywieniowych w domu. Jeśli jednak po powrocie do domu dziecko usłyszy, że pora teraz na „normalny obiad”, to nie wróżę sukcesu.

Jeżeli dziecko od najmłodszych lat widzi, że na stole pojawiają się różne produkty, że można zjeść fasolę, soczewicę czy ciecierzycę, a mięso jest jednym z elementów diety, a nie jej warunkiem koniecznym, to szkoła jedynie wzmacnia coś, co ono już zna.

I odwrotnie. Trudno oczekiwać, że stołówka nauczy dziecko różnorodności, jeśli w domu nie jest podejmowana nawet próba podania czegoś nowego. 

Potraktujmy jedzenie jako część wychowania i dajmy dzieciom czas. Nie oczekujmy, że po pierwszym kontakcie z brokułem dziecko natychmiast zażąda dokładki. Ale żeby polubić nowy smak, trzeba go najpierw poznać.

I tu szkoła rzeczywiście może zrobić coś ważnego.

I na koniec: zamieszanie w mediach społecznościowych ma jednak dużą zaletę. Sprawiło, że cała dyskusja o diecie planetarnej (i generalnie o zdrowym żywieniu) wyszła poza szkolną stołówkę.

Tylko część polityków wciąż widzi w tym wojnę ideologiczną.  Smacznego im życzę.