Kubat: Praca przy wyborach to poświęcenie i zaangażowanie zwykłych ludzi

Z punktu widzenia członka obwodowej komisji wyborczej stworzony przez polityków system da się opisać słowami: „jakoś to będzie” albo „ląduj, zmieścisz się śmiało”.

Publikacja: 18.10.2023 20:37

Kolejka osób oczekujących na oddanie głosu w siedzibach Obwodowej Komisji Wyborczej nr 122, 123 i 12

Kolejka osób oczekujących na oddanie głosu w siedzibach Obwodowej Komisji Wyborczej nr 122, 123 i 124 w Krakowie

Foto: PAP/Łukasz Gągulski

Obwodowa komisja wyborcza, jakich wiele: prawie 2 tysiące uprawnionych do głosowania i 13 osób, by ogarnąć cały proces. Większość to ludzie młodzi – studenci. Zresztą wielu z nich już nie pierwszy raz w komisji. Ale w tym zestawie także debiutanci – nawet bez wstępnego przeszkolenia. I zadanie do wykonania, które z pozoru nie wydaje się trudne: wydać karty, zliczyć głosy i oficjalnie podać wyniki. Byłem członkiem tej komisji. Na tej małej i zupełnie niereprezentatywnej próbie widziałem, jak system budowany w ten sposób stoi na krawędzi katastrofy. A ratunek przychodzi z najmniej spodziewanej strony.

5 tysięcy dokumentów

Wszystko zaczyna się od masy papieru i na nim kończy. Dzień przed głosowaniem do siedziby komisji dostarczane są obwieszczenia, dokumenty i oczywiście karty do głosowania. Mimo że przyjeżdżają w paczkach, na których dokładnie podano, ile ich jest, i tak mozolnie trzeba je przeliczyć. Po kilka razy, żeby nie popełnić błędu. Prawie 5 tysięcy dokumentów. I to słuszne założenie, bo okazało się, że kart jest więcej, niż zapisano oficjalnie.

Różnice nie są wielkie, ale to pierwsza zapowiedź tego, że każda komisja liczyć może głównie na siebie. Karty należy jeszcze podstemplować, co zaczynamy robić o szóstej rano w dniu wyborów, by od siódmej móc je zacząć wydawać pierwszym przedstawicielom elektoratu. Pracujemy na dwie zmiany – od godz. 6 do 14 pierwsze sześć osób, od 14 do 21 następne sześć. Jedna osoba ma wyznaczone godziny w przewidywanych szczytach natężenia głosujących. Wielka przezroczysta urna, którą najpierw trzeba oficjalnie zaplombować, a potem z bliska nadzorować, przez pełne 14 godzin szybko się zapełnia.

Czytaj więcej

Nie wszystkie głosy korespondencyjne trafiły do urny

Odszukiwanie w papierowych spisach wyborczych konkretnych osób idzie dość sprawnie. Kolejki nie są wielkie, choć problem jest z głosowaniem w referendum. Dostaliśmy zalecenie, by nie pytać, czy wyborca chce dostać także kartę z pytaniami referendalnymi. Większość od razu deklaruje, że ich nie chce, a nawet drobiazgowo sprawdza, czy ręcznie wpisaliśmy adnotację „bez referendum”. Ale są i tacy, którzy przypominają sobie o tym po chwili. Zabranych już raz kart nie wolno nam tak po prostu przyjąć z powrotem. Dochodzi do sporów. Atmosfera bywa gorąca. Niektórzy z nas, wydając dokumenty, głośno mówią: „oto komplet trzech kart: ta do Sejmu, ta do Senatu, ta do referendum”. To ułatwia proces, przyspiesza decyzję wyborcy, który może zareagować szybką odmową, i przyspiesza pracę. Ale czy to łamie prawo wyborcze? Z interpretacji jakiego przepisu wynika zakaz pytania wprost, ile kart chce otrzymać wyborca? I z drugiej strony, czy zasady tajności nie narusza konieczność głośnego deklarowania swej decyzji w tłumie obcych ludzi? I zapisywania tego w dokumentach?

Wielka płachta, małe literki

Kolejną kontrowersją jest rozmiar karty wyborczej do Sejmu.

Wielka płachta papieru z małymi literkami i niemal mikroskopijnymi oznaczeniami graficznymi komitetów wyborczych na samej górze. I prawie na każdej liście 40 nazwisk. W sumie ponad 260 kandydatów. Trudno ją położyć na małych stolikach, by postawić krzyżyk, i poskładać jakoś, by zmieściło się do urny. Starsze osoby bez żenady często pytają, na kogo zagłosować, albo proszą o zaznaczanie nazwisk w ich imieniu. Oczywiście odmawiamy. Ale widać dokładnie, jakie powoduje to komplikacje. Może i wystawianie kandydatów na 20 miejsc w parlamencie komuś odpowiada, ale ma swoje konsekwencje. Utrudnia i wydawanie kart, i ich wypełnianie, a już liczenie głosów to dla komisji skrajny kłopot. Nie chodzi przecież tylko o odnalezienie jednego małego „iksa” w jednej kratce, bo przecież także trzeba sprawdzić, czy nie został postawiony podobny przy jeszcze innym nazwisku.

Mało tego. Ustawodawca wymyślił sobie, że od tych wyborów komisja nie może zliczać kart w mniejszych grupach. Wszystkie 13 osób siedzi więc przy wspólnym stole z ponad 1700 wydanymi drukami i po kolei ogląda te wielkie kartki papieru. Czasem trzeba dłużej przedyskutować, czy dany głos jest ważny, czy znak postawiono zgodnie z wymaganiami, czy nie został zrobiony ołówkiem itd. Sprawdzić, czy każda karta ma pieczątkę i czy jest to pieczątka naszej komisji. Robimy to w środku nocy po wielu godzinach wcześniejszej pracy.

Czytaj więcej

Obserwatorka społeczna wyborów mówi, co zobaczyła

Samo zliczanie tysięcy dokumentów w takich warunkach to wyzwanie. Zakaz robienia tego sprawniej w kilku mniejszych grupach, nakaz wspólnej pracy, rozmiar karty, wielkość liter – to wszystko wydłuża żmudną i coraz bardziej otępiającą robotę. Ale legalnego wyjścia z tej sytuacji nie ma – trzeba więc się dostosować. Na szczęście wybory do Senatu liczy się szybciej. Karty są mniejsze, litery duże, kandydatów dwoje, mało głosów nieważnych. Dziw jednak, że w XXI wieku wciąż cały ten proces odbywa się tak analogowo, tak nienowocześnie i bez wykorzystania narzędzi, które pomagałyby bardzo w szybkim i sprawnym przeprowadzaniu wyborów. Wszędzie wciąż rządzą papier, długopis i pieczęć.

Kombinacje z referendum

Problemy pojawiają się przy referendum: wyniki dla każdego pytania liczy się oddzielnie. Kombinacji jest przecież sporo: można na pewne pytanie odpowiedzieć TAK, a na inne NIE. Tu zliczanie głosów i wypełnianie protokołów mogło trwać wyjątkowo długo i wymagać skupienia i precyzji. Ratuje nas niska frekwencja na poziomie około 20 proc. (z kolei w wyborach frekwencja w naszej komisji przekroczyła 92 proc.). I fakt, że większość kart pokazuje wynik cztery razy NIE. Ale to i tak kolejne godziny pracy wykonywanej już nad ranem. Około godziny 5 skończyliśmy liczenie wszystkich kart. Teraz jeszcze wypełnianie dokumentów, podpisywanie protokołów (około 200 podpisów i parafek – każda strona każdego protokołu wymagała pisemnej autoryzacji każdej osoby z komisji), długie próby wysyłania danych przez internet, telefoniczne dyskusje z krzyczącymi na nas urzędnikami z okręgowej komisji wyborczej, publiczne ogłoszenie wyników – czyli ich wywieszenie przy wejściu, sprzątanie lokalu i pakowanie wszystkiego do worków, które ledwie mieściły tysiące kart wymagających archiwizacji. Wkrótce siedziba naszej komisji na powrót stanie się przedszkolem.

I dopiero, czasem po 25 godzinach pracy, można iść spać, choć ze świadomością, że jednak można być wezwanym do uzupełnienia ewentualnych braków czy ponownego liczenia kart, jeśli ktoś wyżej z jakiegoś powodu uzna to za stosowne.

Twórcy systemu odklejeni od realiów

I to jest właśnie najbardziej dojmujący wniosek z tego doświadczenia: odklejenie od rzeczywistości tych, którzy wyznaczają ramy tego systemu na wielu poziomach ponad zwykłą obwodową komisją wyborczą. Na licznych szczeblach założono sobie przecież, że tak samo liczna jak zawsze komisja, tymi samymi siłami i środkami załatwi wszystko, co tylko się jej wymyśli do wykonania. I narzuci wymogi utrudniające skuteczną pracę. Nam akurat udało się nie doprowadzić do kolejek i głosowania po 21. Ale w wielu innych miejscach były z tym wielkie problemy.

Czytaj więcej

OBWE o wyborach w Polsce. Są zastrzeżenia

Takie są właśnie między innymi konsekwencje podejmowania decyzji w parlamencie bez oglądania się na realną wydolność systemu. Do urn ruszyły miliony ludzi, każdy z nich chciał wypełnić obywatelski obowiązek i skorzystać ze swego przywileju. Ale mimo że długie kolejki stojące nawet po północy przed lokalami wyborczymi mogą wzruszać, przecież tak to wyglądać nie powinno. Tak naprawdę to skandal wynikający z totalnego braku wyobraźni, bo chyba nikt nie zadał sobie trudu, by przemyśleć, co się stanie, gdy frekwencja okaże się wyższa niż zwykle. To także efekt zrzucania odpowiedzialności za powodzenie akcji wyborczej na zwykłych obywateli próbujących opanować sytuację w komisjach, którzy muszą też uszanować liczne i trudne do spełnienia ograniczenia prawne. Te narzuca się łatwo i bez myślenia o konsekwencjach.

Dobrze, że przynajmniej w moim konkretnym przypadku do pracy w komisji zebrało się 13 nie gniewnych, ale skupionych na obowiązku, zaangażowanych, sprawnych i cierpliwych ludzi. Choć byliśmy sobie w zasadzie całkiem obcy – bez względu na wiek, doświadczenie, wykształcenie czy poglądy polityczne, daliśmy radę szybko i w miarę bezboleśnie opanować chaos, jaki nam urządzono. To wielkie pozytywne zaskoczenie i najciekawsze doświadczenie. Ten system nie rozleciał się jeszcze w drobiazgi dzięki takim osobom i ich – nieważne jak patetycznie to zabrzmi – obywatelskiej postawie.

Inne wnioski są jednak smutne: na samym dole wszystko działa według zasady „jakoś to będzie”, a właściwie „śmiało, zmieścisz się, ląduj”. Bez koniecznych zmian, prędzej czy później to jednak w końcu się rozleci.

System ten oparty jest na poświęceniu zwykłych ludzi, którzy w końcu nie uniosą kolejnych utrudnień bezrefleksyjnie na nich zrzucanych. Przemyślenia wymagają nie tylko konsekwencje uchwalanych przepisów, ale i konieczność poradzenia sobie z zaskakująco wyższą niż zwykle frekwencją. System nie bierze przecież pod uwagę np. prób potencjalnego celowego zakłócenia akcji wyborczej, czego mogą nam życzyć wrogowie – choćby zza wschodniej granicy. Na takie „niespodzianki” też trzeba teraz być gotowym, jeśli chce się zachować demokrację i dać elektoratowi szanse na rzetelne i sprawne wybieranie władzy.

Autor jest prawnikiem, byłym dziennikarzem Radia Zet i telewizji TVN

Obwodowa komisja wyborcza, jakich wiele: prawie 2 tysiące uprawnionych do głosowania i 13 osób, by ogarnąć cały proces. Większość to ludzie młodzi – studenci. Zresztą wielu z nich już nie pierwszy raz w komisji. Ale w tym zestawie także debiutanci – nawet bez wstępnego przeszkolenia. I zadanie do wykonania, które z pozoru nie wydaje się trudne: wydać karty, zliczyć głosy i oficjalnie podać wyniki. Byłem członkiem tej komisji. Na tej małej i zupełnie niereprezentatywnej próbie widziałem, jak system budowany w ten sposób stoi na krawędzi katastrofy. A ratunek przychodzi z najmniej spodziewanej strony.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie Prawne
Ewa Łętowska o sprawie Romanowskiego. Mieszanie prawa z polityką
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Opinie Prawne
Marek Kobylański: Dzieci giną, czekając na odpowiednie standardy
Opinie Prawne
Mikołaj Kozak: „Kompromitacja” prokuratury? Romanowskiemu się „upiekło”?
Opinie Prawne
Jakub Sewerynik: Standardy różnorodnego traktowania
Opinie Prawne
Robert Gwiazdowski: Immunitet jak kot Schrödingera w garażu na Grochowie