To spory dorobek i mapa tego, co działo się w parlamencie w ostatnich czterech latach. Charakterystyczna, zresztą nie tylko dla tego okresu, jest nadprodukcja prawa. Posłowie, a przede wszystkim rząd, zasypują marszałka Sejmu setkami projektów, nie oglądając się na to, czy w ogóle jest wola polityczna na ich uchwalenie. A było to łatwiejsze, gdyż większość ma jedno ugrupowanie.
Wiele rozwiązań, które przepadną w Sejmie, było na bardzo zaawansowanym etapie prac legislacyjnych, a podatnicy zapłacili już dużo pieniędzy za kolejne posiedzenia komisji, prace ekspertów, konsultacje i opinie. Zdarzało się, że tworząc nowe regulacje, korzystano z usług renomowanych kancelarii prawniczych, pobierających za swoją pomoc sowite wynagrodzenia. W ten sposób wyprodukowano przez tysiące godzin tysiące ton papieru opinii i analiz, które okazały się nikomu niepotrzebne.
Czytaj więcej
Sejm, choć był przez całą kadencję dość aktywny, nie zakończył prac nad wieloma cennymi ustawami.
W takim zaawansowanym stadium był np. projekt ustawy o sędziach pokoju, reklamowany przez całą kadencję. Posłowie pracowali ciężko, tyle że nic z tego nie wyszło, bo woli politycznej po prostu zabrakło. W zamian stracono mnóstwo energii i czasu na coś, co trafi finalnie do kosza. Dlaczego przepisów nie udało się uzgodnić wcześniej, skonsultować, poszukać rozsądnego kompromisu? Dlaczego prostsze było wrzucenie ich od razu na niepewną „sejmową wodę”, na zasadzie: niech się dzieje, co chce? Najgorsze, że takich przykładów jest bardzo wiele. Ile energii i czasu ekspertów włożono chociażby w kolejne dwa pakiety deregulacyjne dla przedsiębiorców zmieniające setki przepisów. Podobnie było z obszernym projektem o e-administracji czy komunikacji elektronicznej. W te potężne zmiany musiano zaangażować setki ludzi. Czy ktoś zastanawiał się poważnie, czy w ogóle mają szansę na uchwalenie? Patrząc na długą listę projektów zalegających w Sejmie, łatwo wychwycić te, które od samego początku nie miały żadnych widoków nawet na wyjście poza pierwsze czytanie. Oczywiście mniejsza tu wina ugrupowań opozycyjnych, bowiem ich projekty zdane są na łaskę większości rządzącej.
Wniosek jest jeden: o proces legislacyjny, jego czystość i efektywność nikt w Polsce nie dba. Ponadto nikt nie ponosi odpowiedzialności za strategiczne planowanie tego, co dzieje się w Sejmie. Energia i pieniądze są marnowane. Plan i strategię zastępują nierzadko emocje i robienie na prawie prostej polityki. Prawo już dawno stało się politycznym orężem i nie chodzi w nim już o uchwalenie korzystnych politycznie przepisów, ale o gonienie przez wiele miesięcy, a nawet lat, przysłowiowego legislacyjnego króliczka, którego tak naprawdę nie chce się złapać. I tu znowu wracamy do przykładu projektu ustawy o sędziach pokoju, która wbrew uzasadnieniom okazała się czysto politycznym pomysłem.