Coraz częściej zdarza się sędziom jeździć po pijanemu, fałszować wyroki czy kogoś znieważyć. I właśnie za takie przewinienia orzekane są często kary dyscyplinarne, a nie tylko np. za zbyt długie pisanie uzasadnień. Cóż, sędziowie to nie anioły, chyba że... upadające.

Kiedy niedawno w internetowej telewizji „Rzeczpospolitej" w programie #RZECZoPRAWIE pytałam Irenę Kamińską, szefową Stowarzyszenia Sędziów Themis, o rosnącą liczbę dyscyplinarek, powiedziała twardo, że sędziów trzeba po prostu częściej usuwać z zawodu. Tyle że pani sędzia jest z takim poglądem raczej w mniejszości – kary dyscyplinarne rzadko bywają drakońskie. Nawet w tak głośnych sprawach, jak usłużnego sędziego Milewskiego, którego dopiero Sąd Najwyższy przeniósł z Gdańska do Białegostoku.

Nie oznacza to jednak, że Sąd Najwyższy musi tu być jedynym sprawiedliwym. Rozważany przez Ministerstwo Sprawiedliwości pomysł, aby obie instancje dyscyplinarne przenieść do SN (obecnie jest on tylko drugą instancją), nie jest dobry. Bo takie sprawy zaczną wypychać te, które są ważne dla ludzi, a nie tylko dla sędziów, czyli kasacje i uchwały. A sprawne orzekanie w tych dwóch ostatnich jest – nie mam wątpliwości – dużo ważniejsze niż nadzór SN nad dyscyplinarkami.

To już lepsza jest druga opcja rozważana przez MS – aby do sądów dyscyplinarnych wprowadzić jakiś tzw. czynnik społeczny, choć mnie się rozmaite czynniki ludowe dobrze nie kojarzą. Uważam, że najbardziej zdyscyplinowałyby sędziów planowane kary finansowe. Ale tylko w razie zachowania niegodnego tego zawodu – np. sędziego jadącego po pijanemu. Nie może być jednak tak, że sędziowie zapłacą za to, iż nie nadążają z pisaniem uzasadnień. Bo jest ich od lat tyle samo, a spraw w sądach coraz więcej. Utrata nawet 15 proc. pensji to nie przelewki. Zaboli każdego – nawet anioła.