Decyzja zapadła w trudnym dla PiS momencie politycznym. Dwa dni przed wyborami samorządowymi, gdy głównym tematem na ostatniej prostej kampanii był polexit, wywołany przez wniosek Zbigniewa Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie części traktatu UE. Kontrowersje z tym związane zmusiły najważniejszych polityków prawicy do deklaracji, że respektują prawo unijne. W piątek, kiedy upubliczniono decyzję TSUE, krytykować jej PiS-owi po prostu nie wypadało.

Czytaj także: 

Luksemburg zamroził "dobrą zmianę" w SN

Sędzia Wojciech Katner: chcę wrócić do pracy

Sędziowie SN wracają do orzekania - zadecydował TSUE

Czy decyzja TSUE wpłynie na wybory w Polsce?

Domagalski w #RZECZoPRAWIE: Trybunał mógł poczekać. To zły moment

Trybunał w Luksemburgu ratuje Sąd Najwyższy

Oczywiście czas wyborczy rządzi się swoimi prawami. Ale co będzie potem? Scenariuszy rysuje się kilka. Pierwszy to długie celebrowanie decyzji TSUE. Wstrzymanie się z nominacjami na „gorące" stanowiska w SN – z jednej strony. A z drugiej – niepodejmowanie przez PiS żadnych działań legislacyjnych zmierzających do przywrócenia poprzedniego stanu prawnego. W efekcie sędziowie wrócą z decyzją TSUE w ręku do orzekania, jednak do czasu wyroku będą w stanie zawieszenia.

Drugi scenariusz, mniej realny, to pójście na ostre zwarcie z TSUE i instytucjami unijnymi. Niehonorowanie jego decyzji, prowadzenie dalszego naboru do SN oraz próba wyboru nowych władz. Taki scenariusz wydaje się jednak na dziś mało realny. Łatwo odnowiłby zarzuty polexitu, których boi się PiS, oraz groziłby sankcjami finansowymi. Najbardziej realny wydaje się scenariusz węgierski. Kiedy Viktor Orbán przegrał przed TSUE, przywrócił wcześniej odsuniętych sędziów do orzekania, poszerzając specjalnie dla nich skład SN.

Powolne rozpoczęcie przez PiS prac legislacyjnych zmierzających do realizacji wskazań TSUE wydaje się najbardziej prawdopodobne. Zwłaszcza że sędziom, o których toczy się spór, zostały niecałe dwa lata do przejścia w stan spoczynku według starego porządku prawnego.

Konkluzja z całej tej historii jest jednak smutna. Po półtora roku wyniszczającego sporu o Sąd Najwyższy partia władzy znalazła się w ślepej uliczce. Cała energia państwa została włożona w jałowy spór o stanowiska kilkunastu sędziów. Dzisiaj wszystko – poza mocno podkopanym autorytetem SN – wraca do punktu wyjścia. I można tylko apelować, aby nowa droga nie była już konfrontacyjna.