Przejęcie przez Danię prezydencji Rady Unii Europejskiej nie odbiło się zbyt głośnym echem. Ci, którzy jeszcze niedawno przekonywali o potędze polskiego przewodnictwa, dziś półgębkiem przyznają, że wiązali z nim zbyt wielkie nadzieje. "Polska była pierwszym dużym państwem członkowskim, które objęło przewodnictwo w Radzie UE od czasu wdrożenia traktatu lizbońskiego. Część polityków i ekspertów wiązała z tym grubo przesadzone nadzieje na wzmocnienie roli prezydencji w ramach obowiązywania nowego traktatu. Okazało się jednak, że poważnie i chyba już na dobre umniejszył on znaczenie przewodnictwa, nawet jeśli jest ono bardzo sprawne" – ten passus publicysta "Gazety Wyborczej" umieścił w połowie swojego tekstu o duńskiej prezydencji. Tak jak kiedyś w PRL między akapitami PZPR przyznała się do chybionych decyzji, tak teraz "GW" bez ostentacji dystansuje się wobec swoich "grubo przesadzonych ocen polityków i ekspertów".