Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego (PKOl) Radosław Piesiewicz i minister sportu Sławomir Nitras strzelają do siebie ogniem ciągłym i widać wyraźnie, że żaden z nich nie zamierza brać jeńców. Oczywiście Piesiewicza należy rozliczyć z każdej złotówki wydanej na organizację wyjazdu do Paryża, sprawdzić, za kogo zapłacił i czy było to uzasadnione, ale czynienie go twarzą olimpijskiego niepowodzenia jest merytorycznie nieuzasadnione.
Nie jest on twarzą klęski, tak jak nie byłby twarzą sukcesu, gdyby się on zdarzył – choć bez wątpienia na to liczył i wiele zrobił, aż do granic śmieszności, by się do tego przygotować.
Czytaj więcej
Gesty wobec przeciwników z Danii, jakie wykonał trener Legii Goncalo Feio, powinny spotkać się z powszechnym potępieniem. Dla kogoś, kto obraża kog...
Jednak to nie PKOl wybiera prezesów związków sportowych, trenerów kadry czy szefów wyszkolenia, a to oni mają decydujący wpływ na codzienne funkcjonowanie sportu. PKOl ma jedynie zorganizować wyposażenie, wyjazd, pobyt i powrót reprezentacji z igrzysk oraz ewentualnie wypłacić nagrody medalistom.
Kim jest Radosław Piesiewicz i co obiecał, żeby wygrać wybory na prezesa PKOl
Piesiewicz prezesem PKOl został dzięki poparciu PiS-u. Obiecał związkom sportowym duże pieniądze od spółek Skarbu Państwa, słowa dotrzymał i w zamian za to prezesi uczynili go władcą polskiego olimpizmu. Mało tego – kilku z nich publicznie mówiło, że na taki PKOl czekali przez całe życie.
Dziś minister sportu nic nie mówi o ich odpowiedzialności za wynik, a to nie tylko najwłaściwszy, lecz praktycznie jedyny adres, pod którym należy kierować zarzuty. Były pieniądze z budżetu i od spółek Skarbu Państwa, był PKOl z ich marzeń, a medalowy dorobek 35 lat po ustrojowej transformacji jest taki sam, jak w Melbourne 11 lat po zakończeniu II wojny światowej. Luksusy Piesiewicza i jego rodziny nie mają na to żadnego wpływu, choć denerwuje jego dobre samopoczucie i brak pokory.
Czytaj więcej
Igrzyska w Paryżu były listem miłosnym do sportu i wyglądały dokładnie tak, jak zaplanowali oraz wymarzyli sobie Francuzi. Kolejne wyprodukuje nam...
Prezesi związków sportowych muszą teraz wybierać, Piesiewicz dał im to zresztą jasno do zrozumienia: trwacie przy mnie w podzięce za to, co wam zapewniłem, czy idziecie za Nitrasem, bo teraz to on będzie dzielił państwowe pieniądze na sport. Z poznawczego punktu widzenia to nawet ciekawe, czy nastąpi coś, co w polityce nazywa się odwróceniem sojuszy.
Radosław Piesiewicz kontra Sławomir Nitras. Kto ma mocniejsze karty w walce o polski sport?
Nitras ma w tej rozgrywce o wiele mocniejsze karty, Piesiewicz bez pieniędzy ze spółek Skarbu Państwa i bez poparcia środowiska sportowego byłby bezzębnym tygrysem. Ale walczy, mając za sobą argument, że zgodnie z prawem prezesem PKOl jest do 2027 roku, a więc jeszcze przez prawie trzy lata. Potrzebna więc będzie w polskim sporcie kohabitacja. Jak to wygląda, widzimy od października na znacznie poważniejszym podwórku.
Czytaj więcej
Igrzyska olimpijskie spędzone przed telewizorem i ekranem komputera w towarzystwie polskich mediów skłaniają mnie do refleksji słodko-gorzkich.
Najsmutniejszą refleksją z pola walki na wyniszczenie jest to, że ludzie odpowiedzialni za polski sport, zamiast skupić się na analizie tego, co stało się w Paryżu, zmuszeni są do opowiedzenia się po jednej ze stron. Rozliczenia z nadużyciami PiS-u trwają na wielu frontach i sport jest jednym z nich. Prawie nigdzie nie idzie to szybko, a charaktery Piesiewicza i Nitrasa – obaj wyglądają na zakochanych w sobie z wzajemnością wprost śmiertelną – porozumieniu nie sprzyjają. Jeśli ta sytuacja potrwa dłużej, może się okazać, że za cztery lata, po igrzyskach w Los Angeles, zatęsknimy za wynikiem z Paryża.