Marek Migalski: Parytety wszystkie albo żadne

Moda i ideologia sprawią, że synekury w gabinecie Donalda Tuska zostaną oddane kobietom.

Publikacja: 08.11.2023 03:00

Tworzący się rząd będzie pierwszym w polskiej historii, który zostanie świadomie i skutecznie zbudow

Tworzący się rząd będzie pierwszym w polskiej historii, który zostanie świadomie i skutecznie zbudowany w oparciu parytety płciowe

Foto: PAP/Radek Pietruszka

Tworzący się rząd będzie pierwszym w polskiej historii, który zostanie świadomie i skutecznie zbudowany w oparciu parytety płciowe. To nowa moda w świecie zachodnim stająca się obowiązującą ideologią. I jak każda moda oraz każda ideologia jest stronnicza oraz zbudowana na niektórych tylko elementach rzeczywistości. A także wykluczająca.

Justin Trudeau, premier Kanady, na pytanie dlaczego w jego rządzie połowę ministerstw objęły kobiety, odpowiedział: „Bo mamy XXI wiek”. Fraza błyskotliwa, ale – trzeba przyznać – niewystarczająca. Bo pytanie jest zasadne: z jakiego powodu parytety płciowe powinny być jedynymi? I jeśli już, to dlaczego nie stosuje się ich także do innych płci? Czy i one nie powinny mieć gwarancji obecności w rządzie? Wszak progresywiści wiele robią, by uświadomić nam, że płci jest więcej niż dwie. Ci sami ludzie, którzy przekonują nas do zaakceptowania faktu, że płeć biologiczna różni się do kulturowej, przy dyskusji o rozdziale stanowisk ministerialnych zapominają o genderowych aksjomatach i obstają przy binarnym podziale na mężczyzn i kobiety. Jakieś to niekonsekwentne.

Płciowo czy geograficznie

Najczęściej dla uzasadnienia równego rozdzielenia ministerstw między kobiety i mężczyzn argumentuje się tym, że stanowią one połowę obywateli danego państwa. To prawda, ale co z tego niby wynika i dlaczego tylko ten podział ma być istotny? Dlaczego nie geograficzny? Wynikałoby z niego, że w Polsce co najmniej 10 proc. ministerstw powinno przypaść reprezentantom Śląska. Albo reprezentantom mniejszości seksualnych. Wówczas także około 10 proc. ministrów winno być osobami LGBT.

Czytaj więcej

Marek Migalski: Sadyzm polityczny – porażka PiS i przestroga dla opozycji

Z tym wiąże się inne uzasadnienie – historyczne: kobiety muszą być w rządzie, bo w przeszłości były politycznie dyskryminowane. To prawda – wystarczy sobie uświadomić, że jeszcze do drugiej wojny światowej w wielu państwach europejskich kobiety nie miały pełni praw wyborczych.

Ale kobiety to niejedyna grupa w przeszłości dyskryminowana. Przecież wspomniane już osoby homoseksualne były w jeszcze gorszej sytuacji – w wielu krajach (także europejskich) stosunki seksualne osób tej samej płci były karane jeszcze po 1945 roku! Również ateiści byli przez wieki represjonowani za swe poglądy i niedopuszczani do sprawowania wysokich urzędów. Oraz „innowiercy”.

Dlaczego akcja afirmatywna, mająca naprawić historyczne (i realnie istniejące) niesprawiedliwości, ma obejmować tylko kobiety, a nie pozostałe grupy? Prócz wymienionych, także na przykład osoby chore psychicznie (ale nie ubezwłasnowolnione).

Dlaczego akcja afirmatywna, mająca naprawić historyczne krzywdy, ma obejmować tylko kobiety?

I tu dochodzimy do ostatniego argumentu na rzecz parytetów – zasadza się on nie na procencie reprezentacji w społeczeństwie i nie na kryterium historycznym, lecz na przekonaniu, że kobiety powinny mieć tego typu protezę, bowiem obecnie, współcześnie są dyskryminowane (milczeniem pomijam argument jakoby kobiety po prostu były lepszymi polityczkami niż mężczyźni, bo to teza wprost seksistowska, nie poparta żadnymi badaniami, a żeby ją obalić wystarczy sobie przypomnieć rządy: Beaty Szydło, Ewy Kopacz czy Hanny Suchockiej, lub ocenić pracę posłanek Pawłowicz, Pawłowskiej czy Lichockiej).

Teza taka jest co najmniej dyskusyjna (najczęściej wsparta porównaniem różnicy w płacach kobiet i mężczyzn), ale przyjmijmy na potrzeby tego artykułu, że jest ona prawdziwa. Ale czy kobiety są jedyną grupą społeczną traktowaną w ten sposób? I czy aby znajdują się w najgorszej sytuacji?

Kobietom nie jest aż tak źle

Każda kobieta powinna się zawstydzić twierdząc, że jest dyskryminowana, jeśli przypomni sobie sytuację osób z niepełnosprawnościami. To one są w prawdziwie opresyjnej sytuacji i to one mają problemy nie tylko ze zrobieniem kariery, ale także z prowadzeniem „normalnego” życia. Jest ich w Polsce około 4 milionów, może nawet więcej. Osiągnięcie przez nich sukcesu życiowego jest o wiele trudniejsze niż w przypadku kobiet. Dlaczego zatem nie one mają parytet w postaci 10 proc. miejsc w rządzie? Nie jest to zawstydzające?

Czytaj więcej

Marek Migalski: Konfederacja – wzlot i upadek

Dotyczy to także wspomnianych już osób LGBT – ich także jest około 10 proc. w naszym społeczeństwie, ale nie mają zagwarantowanych parytetów. A każdy zdrowo myślący człowiek rozumie, że nadal ich sytuacja w Polsce jest o wiele gorsza niż kobiet. Dlaczego zatem nie one mają pewność, że dwa z dwudziestu ministerstw przypadną im?

Obecnie o wiele większym (niż bycie kobietą) problemem w zrobieniu kariery (także politycznej) jest niski status materialny. Bieda wyklucza znacznie skuteczniej niż płeć. Mówiąc bardzo wprost – córki Andrzeja Dudy i Donalda Tuska mają łatwiejsze życie i większą szansę na karierę niż mój student z Siemianowic Śląskich, którego ojciec nie żyje, matka zarabia jako ekspedientka, a on sam – by móc kontynuować naukę – musi pracować nocami jako barman. Jeśli komuś mielibyśmy pomagać, kogoś społecznie protezować, to nie przedstawicielki jednej z płci (często wywodzące się z bogatych domów), ale osoby pokrzywdzone nie ze swej winy w wymiarze materialnym.

Młodym też się przecież należy

To samo dotyczy wieku – polską politykę okupują 40-, 50-latkowie (nie mówię o liderach, bo tu średnia wieku jest jeszcze wyższa). Może zatem w ramach parytetu zagwarantować jakiś procent stanowisk ministerialnych ludziom do 30. roku życia?

Zwłaszcza że to ich zryw frekwencyjny (w obu płciach) dał zwycięstwo dzisiejszej opozycji. Piszę to trochę wbrew sobie, bo akurat osobiście jestem przeciwny zbyt wczesnemu wchodzeniu do polityki, uważając, że wymaga ona pewnego życiowego doświadczenia, ale ten przykład wskazuje na ideologiczne wyeksponowanie akurat kryterium płci, a nie innych (jak wiek).

Jeśli już miałbym coś szczerze wyznać, to wydaje mi się, że zastosowanie odwrotnej strategii, czyli przyznanie parytetów osobom starszym, na przykład po sześćdziesiątce, byłoby sensowniejsze, bo tacy ministrowie zadbaliby o realne problemy swoich rówieśników (oraz pokoleń starszych). Pomysł kontrowersyjny, ale i tak lepszy, niż mechaniczne zagwarantowanie parytetu jednej z płci.

Większą przeszkodą w zrobieniu kariery (także politycznej) niż bycie kobietą jest niski status materialny 

Wyliczankę tych grup, które powinny mieć swoich ministrów dbających o ich rzeczywiste problemy z wykluczeniem i robieniem kariery, można byłoby ciągnąć w nieskończoność (na przykład mieszkańcy wsi, mający już na starcie „pod górkę” ze względu na gorszy dostęp do edukacji, kultury, sztuki). Ale chyba powyższe rozważania uświadomiły czytelnikom, że wybór tylko jednego kryterium (płci) jest arbitralny i stronniczy. Że inne grupy społeczne są w o wiele gorszej sytuacji, a nie mają prawa do parytetów.

Ma je jednak grupa – i to może być pewne zaskoczenie – najlepiej ze wszystkich zorganizowana i najsilniejsza. Tak, kobiety mają – na tle innych wspomnianych przeze mnie środowisk – najmocniejszą pozycję: są znacząco reprezentowane w mediach, kulturze, nauce, polityce. Mają swój kongres, organizacje feministyczne, grupy nacisku. Oraz ideologiczny wiatr zmian w swoich żaglach.

Na ich tle osoby z niepełnosprawnościami czy o niskim statusie majątkowym lub wykształcenia wyglądają jak – nomen omen – ubodzy krewni. Nie mają takiej siły (społecznego) przebicia i (medialnego) pobicia jak kobiety. I to dlatego właśnie interesy tych ostatnich są najlepiej słyszalne i znajdą realizację w kształcie nowego rządu.

Czytaj więcej

Łukasz Warzecha: Zadania dla nowej władzy

Moda i ideologia – oto co sprawi, że we właśnie formowanym gabinecie Tuska parytetami zapewni się ministerialne synekury kobietom, a nie osobom LGBT, z niepełnosprawnościami, mieszkańcom prowincji czy po prostu ludziom uboższym.

To smutne, bo jedynym kryterium w obsadzaniu najwyższych stanowisk państwowych powinna być kompetencja. A ta nie jest związana z płcią. Jeśli natomiast formowanie rządu miałoby być częścią procesu wyrównywania szans osób dyskryminowanych, należałoby objąć nim także inne poszkodowane grupy. Zatem – parytety albo wszystkie, albo żadne.

Autor jest politologiem, profesorem Uniwersytetu Śląskiego

Tworzący się rząd będzie pierwszym w polskiej historii, który zostanie świadomie i skutecznie zbudowany w oparciu parytety płciowe. To nowa moda w świecie zachodnim stająca się obowiązującą ideologią. I jak każda moda oraz każda ideologia jest stronnicza oraz zbudowana na niektórych tylko elementach rzeczywistości. A także wykluczająca.

Justin Trudeau, premier Kanady, na pytanie dlaczego w jego rządzie połowę ministerstw objęły kobiety, odpowiedział: „Bo mamy XXI wiek”. Fraza błyskotliwa, ale – trzeba przyznać – niewystarczająca. Bo pytanie jest zasadne: z jakiego powodu parytety płciowe powinny być jedynymi? I jeśli już, to dlaczego nie stosuje się ich także do innych płci? Czy i one nie powinny mieć gwarancji obecności w rządzie? Wszak progresywiści wiele robią, by uświadomić nam, że płci jest więcej niż dwie. Ci sami ludzie, którzy przekonują nas do zaakceptowania faktu, że płeć biologiczna różni się do kulturowej, przy dyskusji o rozdziale stanowisk ministerialnych zapominają o genderowych aksjomatach i obstają przy binarnym podziale na mężczyzn i kobiety. Jakieś to niekonsekwentne.

Pozostało 87% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Surdykowski: Ja też jestem ateistą
Materiał Promocyjny
Mity i fakty - Czy to prawda, że elektryczne auta palą się częściej niż spalinowe?
Opinie polityczno - społeczne
Paweł Łepkowski: Dwa powody, dla których zamach zaszkodzi Donaldowi Trumpowi
Opinie polityczno - społeczne
Michał Szułdrzyński: Giertych, Tusk i aborcja. Dlaczego to głosowanie ma wielki wpływ na wybór prezydenta
Opinie polityczno - społeczne
Marek A. Cichocki: Zamach na Trumpa jako jeszcze jeden przykład dewastującej nienawiści
Opinie polityczno - społeczne
Roch Zygmunt: Zamach na Donalda Trumpa – już nawet nie udajemy, że widmo śmierci nas rusza