A gdyby tak sporu o wysokie zarobki lekarzy nie zaczynać od oburzenia, tylko od pytania, skąd bierze się cena ich pracy? Wiem, zbyt trudne. W polskiej debacie publicznej łatwiej potępić cudzy dochód, zwłaszcza gdy jest wysoki i pochodzi z publicznych pieniędzy. Tyle że tak jak majątek nie jest dowodem cnoty, tak sama wysokość zarobków nie jest jeszcze dowodem winy.
Czytaj więcej
Najwyższe pojedyncze faktury wystawione przez lekarzy zatrudnionych w publicznej ochronie zdrowia opiewają na 300-350 tys. zł miesięcznie - dowiedz...
Cena wiedzy i odpowiedzialności
Lekarz nie jest prostym najemnikiem sprzedającym godziny swego czasu. Jest człowiekiem, w którego wykształcenie włożono wiele lat pracy, kosztów i wyrzeczeń. Jeśli społeczeństwo powierza mu zdrowie i życie, oczekuje specjalistycznej wiedzy oraz decyzji podejmowanych w warunkach niepewności, nie powinno się dziwić, że taka praca ma wysoką cenę. Adam Smith, „ojciec” wolnego rynku, pisał w „Bogactwie narodów”, że „człowieka wykształconego kosztem wielkiej pracy i czasu do zajęć wymagających nadzwyczajnej zręczności i umiejętności można porównać do jednej z kosztownych maszyn”. Tak działa rynek. Nawet w publicznej ochronie zdrowia, która nie lubi przyznawać, że podlega jego regułom.
Smith pisał dalej – co dziś brzmi niemal prowokacyjnie – że „liberalna płaca za pracę jest naturalnym objawem wzrastającego bogactwa narodowego”. Innymi słowy, społeczeństwo nie staje się biedniejsze dlatego, że jego najbardziej potrzebni fachowcy dobrze zarabiają. Biedne jest raczej to, w którym odpowiedzialna praca pozostaje tania, a ludzie wykształceni wyjeżdżają tam, gdzie ich wiedza znajduje należytą cenę.
Wolny rynek nie może być alibi dla bałaganu
Ale – oczywiście – z tego nie wynika, że każda wysoka pensja jest sprawiedliwa tylko dlatego, że została wypłacona. Rynek nie jest imieniem nadanym bałaganowi. Cena, szczególnie gdy w grę wchodzą publiczne pieniądze, ma sens wtedy, gdy mówi prawdę o: jakości pracy, jej ryzyku, odpowiedzialności i pożytku, jaki przynosi innym. Gdy rodzi się z braku nadzoru, fikcyjnych godzin, zamętu w rachunkach albo z systemu, który sam wytworzył niedobór, a potem płaci każdą sumę za jego ukrycie, nie jest to wolny rynek. To źle urządzona instytucja.
Czytaj więcej
Niegospodarność, naruszenie zasad przyjmowania na SOR, fałszywe faktury i niedopełnienie obowiązków przez pracowników warszawskiego ratusza, odpowi...
Nie kamienujmy więc lekarzy za to, że chcą zarobić możliwie wiele. Każdy chce poprawić swój los i nie ma w tym nic nagannego, dopóki robi to uczciwie. Zgańmy raczej państwo, jeśli przez lata organizowało system tak, że szpitale musiały licytować się o tych samych specjalistów, a następnie udawało zdziwienie, że specjaliści tę licytację wygrywają. Jeżeli lekarzy brakuje, ich cena rośnie. Jeżeli państwo nie potrafiło ich wykształcić, zatrzymać i rozsądnie rozmieścić po kraju, nie powinno później oburzać się na rachunek wystawiony za własne zaniedbania.
Nie ma nic niemoralnego w tym, że lekarz dużo zarabia. Uczciwie. Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo – za przyzwoleniem albo wskutek niekompetencji zatrudnionych przez siebie ludzi – wydaje miliony, nie wiedząc dokładnie za co. Tyle że to otwiera kolejną, jeszcze ważniejszą dyskusję: o zarobkach w administracji publicznej, w której wynagrodzenia często bywają niskie, a z czasem dostosowują się do nich także kompetencje.