Kiedy ekonomiści zwycięskiej partii Tisza zapowiadają przyjęcie euro przez Węgry do 2030 r., wielu obserwatorów europejskiej polityki odczytuje to przede wszystkim jako deklarację geopolityczną. Trudno się dziwić. Po piętnastu latach rządów Viktora Orbána wspólna waluta stała się czymś więcej niż środkiem płatniczym. Jest symbolem przynależności do zachodniego rdzenia Europy, sygnałem wysyłanym do Brukseli, Paryża i Berlina, że Budapeszt chce wrócić do głównego nurtu integracji. Euro ma być dowodem, że Węgry zamierzają być bardziej przewidywalne, bardziej europejskie i mniej skłonne do politycznego balansowania między Unią Europejską, Rosją i Chinami.
To zrozumiała narracja polityczna. Problem polega na tym, że gospodarka nie działa na podstawie takich symboli. Można wygrać wybory hasłem o euro (można pewnie je też przegrać), ale nie można dzięki temu spełnić kryteriów z Maastricht. W ekonomii intencje mają znaczenie drugorzędne. Ostatecznie liczą się efekty.
Węgierska gospodarka jest głęboko zintegrowana ze strefą euro
Paradoks sytuacji Węgier polega na tym, że argument za przyjęciem euro jest dziś silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Węgierska gospodarka jest głęboko zintegrowana ze strefą euro. Około dwóch trzecich eksportu trafia do krajów używających wspólnej waluty, a podobna część importu pochodzi właśnie stamtąd. Dla wielu przedsiębiorstw euro już dziś jest faktyczną walutą działalności gospodarczej. Forint pozostaje natomiast źródłem dodatkowego ryzyka, które trzeba uwzględniać przy planowaniu inwestycji, finansowania czy kontraktów handlowych.
Korzyści z własnej waluty coraz mniejsze, ale droga do euro daleka
Jeszcze kilkanaście lat temu własna waluta była dla gospodarek Europy Środkowej ważnym instrumentem dostosowawczym. Pozwalała reagować na szoki gospodarcze, poprawiać konkurencyjność przez osłabienie kursu i prowadzić niezależną politykę pieniężną. Dziś korzyści z tej autonomii są coraz mniejsze.
W gospodarkach silnie włączonych w europejskie łańcuchy dostaw osłabienie waluty nie działa już tak skutecznie jak kiedyś. Gdy znaczną część eksportu stanowią produkty zawierające importowane komponenty, słabsza waluta podnosi koszty produkcji niemal równie szybko, jak poprawia konkurencyjność cenową.
Nie oznacza to jednak, że droga do wspólnej waluty jest dziś otwarta. Wręcz przeciwnie.
Największym problemem pozostają finanse publiczne. Deficyt sektora finansów publicznych od kilku lat utrzymuje się wyraźnie powyżej poziomu dopuszczanego przez unijne reguły fiskalne, ustępując tylko Polsce i Rumunii. Dług publiczny pozostaje wyższy niż przed pandemią, a koszty jego obsługi należą do najwyższych w Unii Europejskiej. Dla kraju chcącego wejść do strefy euro to kwestia wiarygodności.
Euro nie zastąpi odpowiedzialnej polityki budżetowej
Historia unii walutowej pokazuje bowiem, że wspólna waluta nie wybacza słabości fiskalnych. Grecja stała się najbardziej spektakularnym przykładem tego mechanizmu, ale niejedynym. Euro może stabilizować gospodarkę, może obniżać koszty finansowania i ograniczać ryzyko kursowe. Nie zastępuje jednak odpowiedzialnej polityki budżetowej. Jeżeli państwo nie potrafi utrzymać równowagi fiskalnej przed wejściem do strefy euro, po wejściu problem zwykle nie znika, lecz staje się trudniejszy do rozwiązania, bo tańszy kredyt nęci polityków.
Drugim problemem pozostaje inflacja. Węgry przez ostatnie lata należały do państw najbardziej dotkniętych wzrostem cen w całej Unii Europejskiej. O ile sam skok inflacyjny był zjawiskiem ogólnoeuropejskim, o tyle jego skala i trwałość nad Dunajem okazały się znacznie większe niż w większości państw strefy euro. W efekcie różnica inflacyjna między Węgrami a eurolandem pozostaje zbyt duża, by myśleć o szybkim spełnieniu kryteriów konwergencji.
Słaba synchronizacja gospodarki Węgier z decyzjami EBC
Wspólna waluta działa najlepiej wtedy, gdy gospodarki przechodzą przez podobne fazy cyklu koniunkturalnego. Tymczasem De Haan, Jacobs i Zijm w badaniu opublikowanym w 2024 r. w Journal of International Money pokazują, że Węgry należą do krajów Unii Europejskiej relatywnie słabo zsynchronizowanych ze strefą euro. To oznacza, że decyzje EBC nie zawsze odpowiadałyby potrzebom węgierskiej gospodarki.
W praktyce może to oznaczać sytuację, w której stopy procentowe ustalane we Frankfurcie byłyby zbyt niskie dla Budapesztu w okresie przegrzania gospodarki lub zbyt wysokie w czasie spowolnienia. Dopóki kraj posiada własną walutę i własny bank centralny, może próbować reagować samodzielnie. Po wejściu do strefy euro ta możliwość znika.
Euro do 2030 r. to (zbyt?) ambitny cel polityczny
Czy oznacza to, że Węgry powinny zrezygnować z planów przyjęcia euro? Niekoniecznie. Historia ostatnich rozszerzeń strefy euro pokazuje, że sukces jest możliwy nawet w trudnych warunkach. Słowacja, Chorwacja i Bułgaria nie weszły do unii walutowej dlatego, że były idealnymi gospodarkami. Weszły dlatego, że strefa euro trochę nagięła zasady, a kraje te miały ograniczoną samodzielność monetarną już wcześniej (może poza Słowacją).
To właśnie odróżnia dzisiejsze Węgry od krajów, które już przeszły tę drogę. Budapeszt nie stoi przed problemem jednego niespełnionego kryterium. Nie znajduje się tuż przed metą. W wielu obszarach dopiero rozpoczyna proces dostosowawczy.
Dlatego deklarację przyjęcia euro do 2030 r. należy traktować raczej jako ambitny cel polityczny niż realistyczną prognozę gospodarczą. Osiągnięcie go wymagałoby kilku lat konsekwentnej konsolidacji fiskalnej, trwałego obniżenia inflacji, stabilizacji kursu forinta oraz odbudowy wiarygodności instytucji gospodarczych. Żaden z tych elementów nie jest niemożliwy. Wszystkie razem tworzą jednak zadanie znacznie trudniejsze niż samo wygranie wyborów.
Co, jeśli Węgry rzeczywiście wykonają całą pracę domową?
Załóżmy, że do końca dekady Budapeszt obniży deficyt poniżej 3 proc. PKB, ustabilizuje dług publiczny, sprowadzi inflację do poziomów zbliżonych do strefy euro i odbuduje wiarygodność polityki gospodarczej. Załóżmy, że forint przestanie być walutą permanentnie podlegającą presji deprecjacyjnej, a oczekiwania inflacyjne zostaną zakotwiczone. W takim scenariuszu część argumentów za szybkim przyjęciem euro po prostu zniknie.
Największą słabością Węgier nie jest bowiem dziś sam fakt posiadania własnej waluty. Problemem są niestabilne finanse publiczne, wysoka inflacja, słaba przewidywalność polityki gospodarczej i niska wiarygodność instytucjonalna. Euro nie rozwiązuje tych problemów. Może jedynie ograniczać ich skutki. Jeżeli jednak problemy zostaną rozwiązane wcześniej, korzyści z rezygnacji z własnej waluty stają się mniej oczywiste.
Czytaj więcej
Wiosenne ożywienie nie nadchodzi w Niemczech. W porównaniu z 2025 r. liczba bezrobotnych w maju wzrosła do 2,95 mln. Federalna Agencja Pracy studzi...
Problemem regionu jest słabość Niemiec
Historia Europy Środkowej pokazuje zresztą, że nie istnieje jeden model sukcesu. Słowacja przyjęła euro i odniosła umiarkowany sukces gospodarczy. Czechy zachowały koronę i radzą sobie nieźle. Polska przez dwie dekady rozwijała się szybciej niż większość państw strefy euro, zachowując autonomię polityki pieniężnej. Problemem gospodarczym państw regionu jest słabość Niemiec, a zmiana waluty tego nie zmienia. Trzeba zmienić politykę Berlina.
To dlatego euro powinno być traktowane raczej jako narzędzie niż cel sam w sobie. Jeżeli przyjęcie wspólnej waluty stanie się politycznym symbolem, łatwo przeoczyć pytanie ważniejsze: jaką gospodarkę Węgry chcą mieć za dziesięć lat? Jeśli odpowiedzią będzie gospodarka stabilna, konkurencyjna i wiarygodna, wówczas euro może okazać się naturalnym zwieńczeniem reform. Ale równie dobrze może się okazać, że po ich przeprowadzeniu korzyści z zachowania własnej waluty będą większe, niż wydaje się dzisiaj.
Paradoks polega więc na tym, że najlepszą drogą do euro może być polityka, która ostatecznie sprawi, że euro nie będzie już Węgrom aż tak bardzo potrzebne.