Dwie dekady temu to nie Warszawa, lecz Budapeszt uchodził za gospodarcze centrum Europy Środkowej. Węgry były prymusem transformacji: szybciej się liberalizowały, wcześniej otworzyły się na kapitał zagraniczny i przyciągały inwestycje. Polska była mniej zaawansowana. To Budapeszt wyznaczał kierunek.

Problemy zaczęły się przed Orbanem. Już na początku lat 2000, gospodarka funkcjonowała w warunkach trwałych nierównowag: deficyt fiskalny sięgał 6-9 proc. PKB, a rachunek bieżący był 7-9 proc. PKB na minusie. To klasyczne twin deficits. Wzrost był kupowany na kredyt fiskalny i w rachunku bieżącym. W 2005 r. dług publiczny przekroczył 60 proc. PKB, a rok później premier Ferenc Gyurcsany przyznał, że rząd „kłamał” w sprawie finansów publicznych. Pękło zaufanie. Kryzys 2008 r. obnażył kruchość tamtego modelu. Orban nie naprawił fundamentów, lecz zmienił reguły gry, zastępując dyscyplinę rynkową kontrolą polityczną.

Czytaj więcej

Tajemnicze milczenie szefa dyplomacji Węgier. Oskarżenia i nagłe zniknięcie

Model węgierski nie wzmacniał konkurencji. Przeciwnie, chronił graczy powiązanych z władzą, ograniczał wejście nowych firm i zmniejszał presję rynkową. Efekt był przewidywalny: spadek produktywności, słabsza innowacyjność i coraz mniejsza zdolność dostosowania. Dynamiczna gospodarka zaczęła sztywnieć. Kluczowy był brak elastyczności, co pokazuje raport Fundacji Przyjazny Kraj „Koniec orbanomiki: od lidera do outsidera…”. To był początek trwałej dywergencji między Polską a Węgrami, wyraźnej szczególnie po kryzysie 2008 r.

Rachunek przyszedł później. W latach 2022-2025 średni wzrost wyniósł 1,1 proc., wobec 3,1 proc. w Polsce, a inflacja była wyraźnie wyższa – 17-18 proc. na Węgrzech wobec 11-12 proc. w Polsce. W 2025 r., wzrost spadł do 0,4 proc. To stagflacja.

Źródła tego dryfu były przewidywalne: proinflacyjna polityka fiskalna, uzależnienie od importu energii, słaba waluta oraz utrata wiarygodności instytucjonalnej. Orbanomika je pogłębiła. W ciągu dwóch dekad od wejścia do UE dochód na mieszkańca (mierzony siłą nabywczą, PPP) wzrósł w Polsce o 28 pkt proc. względem średniej UE, a na Węgrzech o ok. 9 pkt proc.

Centralnym hasłem orbanomiki była suwerenność, która w praktyce okazała się sprzeczna z rosnącą zależnością od Rosji i Chin. Konfrontacyjna postawa wobec UE szła w parze ze strategicznym zbliżeniem do autorytarnych mocarstw. Węgry uzależniły się energetycznie od Rosji, kapitałowo od Chin, a sektorowo od jednego filaru – przemysłu motoryzacyjnego.

To nie była już gospodarka rynkowa, lecz kapitalizm kolesiów – w praktyce kleptokracja z elementami rynku. Za korupcję i łamanie praworządności UE zamroziła znaczną część środków unijnych w 2022 r.

Dlatego ta historia ma znaczenie dla Polski. Przez pewien czas wydawało się, że idziemy w podobnym kierunku. PiS od początku swoich rządów inspirował się rozwiązaniami Orbana, a hasło „Budapeszt w Warszawie” funkcjonowało jako projekt.

A jak miało to wyglądać? Centralizacja państwa, usztywnianie wydatków, rosnące deficyty, konflikty z UE i rozrost transferów przed wyborami – to elementy wspólnego, narodowo-populistycznego repertuaru.

Orban niczego nie naprawiał – sięgnął po pełny repertuar prawicowego populisty. W marazmie rozwojowym chciał tkwić możliwie długo, a jego akolici zdążyli się w nim urządzić. Do złej polityki makroekonomicznej dołożył rozdawnictwo. Przed wyborami w 2022 r. rząd uruchomił pakiet fiskalny rzędu kilku procent PKB, obejmujący m.in. 13. emeryturę, zwroty podatku PIT dla rodzin, premie w sektorze publicznym oraz mrożenie cen – łącznie transfery rzędu 3-5 proc. PKB, które zwiększyły deficyt i presję inflacyjną. W 2023 r. inflacja eksplodowała do 26 proc.

System w Polsce nie został domknięty. Budapeszt, który kiedyś był wzorem dla Warszawy, stał się przestrogą. W 2023 r. Polacy nie poszli tą drogą – drogą, w której psuje się instytucje i państwo traci zdolność ich korygowania i może jedynie odwlekać kryzys.

O autorze

Prof. Paweł Wojciechowski

Prezes Instytutu Finansów Publicznych, w przeszłości minister finansów.