Z jednej strony: przeciętne dochody w Polsce rosną realnie (czyli szybciej od cen) już trzeci rok z rzędu, a nasze nastroje konsumenckie jeszcze na początku roku były właściwie najwyższe od pandemii. Z drugiej: o boomie konsumenckim w Polsce nie może być mowy, a dużo większą uwagę niż wyniki handlu przyciągają zaskoczenia w górę, jeśli chodzi o stopę oszczędności. Zgodnie z danymi Eurostatu, w 2025 r. przebiła ona 10 proc. i – nie licząc momentów, gdy lockdowny w pandemii po prostu uniemożliwiały nam wiele zakupów – była najwyższa od lat.

Dlaczego polski konsument nie będzie szastać pieniędzmi na Wielkanoc

Kumulacji oszczędności sprzyja nawarstwienie czynników niepewności z otoczenia zewnętrznego w ostatnich latach. Trudno oczekiwać, żeby inny efekt miała wojna w Zatoce Perskiej. Zresztą marcowe dane o koniunkturze konsumenckiej – realizowane przez GUS niedługo po ataku USA i Izraela na Iran – wskazały na (niedrastyczne, ale jednak) ich tąpnięcie, do najniższych wyników od blisko roku. Dodatkowo, mimo dużych obniżek stóp procentowych w ostatnich 12 miesiącach (łącznie o dwa punkty procentowe), polityka monetarna w Polsce nadal pozostaje raczej restrykcyjna. Nic dziwnego, że w takich warunkach badania nie wykazują, żeby na Wielkanoc polski konsument miał szastać pieniędzmi.

Czytaj więcej

Sprzedaż detaliczna w lutym w Polsce nieco poniżej prognoz

Jednocześnie konsumenci szybko zaczęli oczekiwać podwyżek cen. Oczekiwania inflacyjne w marcu urosły, według badań GUS, do najwyższego poziomu od ponad trzech lat. Ekonomiści, w tym członkowie Rady Polityki Pieniężnej, zaczęli też przypominać o potencjalnym zjawisku tzw. mgły inflacyjnej. Mówi się o niej, gdy producenci czy końcowi sprzedawcy próbują wykorzystać doniesienia o wzroście inflacji (którego przyczyna jest jasna: wyższe ceny paliw) i podnosić ceny nawet tych towarów i usług, których koszty wytworzenia nie wzrosły.

Wydaje się jednak, że to zagrożenie „na zaś”, w scenariuszu utrzymującego się szoku na rynku energii. Dodatkowo, akurat w przypadku cen żywności – z uwagi m.in. na silną konkurencję – ryzyko próby maksymalizacji marż w taki sposób jest mocno ograniczone.

Poza tym warunki makroekonomiczne mamy zupełnie inne niż 4-5 lat temu, gdy rzeczywiście do takiego zjawiska w polskiej gospodarce doszło. Dziś wyraźnie słabszy niż wówczas popyt konsumpcyjny i chłodniejszy rynek pracy (niższy popyt na pracę, trzy lata spadku zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw, lekko rosnąca stopa bezrobocia, hamująca presja płacowa) pozostawiają dużo mniejsze pole do takich zabiegów.