Operacja Epicka Furia miała być kolejnym popisem amerykańskiej potęgi i odnowionej supermocarstwowej sprawczości. Miażdżący lotniczy atak na Iran, służący pozbawieniu go zaawansowanych zdolności uderzeniowych i sparaliżowaniu łańcuchów dowodzenia, leżał na pewno w krótkookresowym interesie Izraela (a jeszcze bardziej premiera Netanjahu, walczącego cały czas o to, by nie stracić fotela premiera i nie trafić do więzienia). Prezydent Stanów Zjednoczonych miał za to odtrąbić kolejny sukces: miażdżące uderzenie, wyeliminowanie wrogich przywódców i rzucenie w ciągu 24 godzin na kolana wroga, z którym kraj nie potrafił sobie poradzić od niemal pół wieku. Nawet kryptonim operacji brzmi bardziej jak nazwa gry komputerowej, niż poważnej operacji militarnej.
Zamiast błyskawicznego sukcesu, takiego jak w Wenezueli, mamy konflikt o ogromnych konsekwencjach gospodarczych i trudnej do oceny długotrwałości. W pewnym sensie podobny do Wietnamu: z jednej strony atomowe lotniskowce, niewidzialne bombowce i kosztujące dziesiątki milionów dolarów precyzyjne bomby, z drugiej quasi–partyzanckie działania z wykorzystaniem kosztujących po 20 tys. dol. nieskomplikowanych dronów, jak się okazuje, póki co wystarczających do częściowego sparaliżowania ruchu tankowców w cieśninie Ormuz. Jeśli reżim w Teheranie nie zachowa się uprzejmie i szybko się nie załamie (a póki co pokazuje, że jest w stanie twardo i brutalnie trzymać swój naród za twarz), taka partyzancka wojna może trwać długimi tygodniami.
Bezpośrednim kosztem wojny jest wzrost cen surowców energetycznych, zwłaszcza ropy i gazu. Początkowo efekt był umiarkowany, bo najwyraźniej uczestnicy rynku oczekiwali, że rozpoczynający atak Amerykanie wiedzieli, jak go szybko i z sukcesem zakończyć. Blokada cieśniny Ormuz spowodowała wybuch paniki i wzrost cen ropy do 116 dol. za baryłkę (niemal podwojenie wobec stanu sprzed wojny). Potem panika na szczęście minęła, a ceny spadły w okolice 95 dol. (o 50 proc. ponad stan sprzed wojny). Nie jest to jednak uspokojenie, ale raczej stabilizacja niepokoju. Bo po pierwsze, od dostaw ropy i gazu z Zatoki uzależniony jest Daleki Wschód (Chiny, Japonia, Korea), a recesja w tych krajach mogłaby wywołać globalną recesję. A po drugie, długotrwałe ograniczenie dostaw wywołuje szok podażowy, a więc wyraźny wzrost inflacji i spadek tempa wzrostu na całym świecie.
Prezydent Trump ma oczywiście swój problem, bo trzy tygodnie temu chwalił się w dorocznym orędziu spadkiem cen benzyny na stacjach do 2 dol. za galon – a obecnie znowu wzrosły do 3 dol. (niewiele poniżej szczytowego poziomu z 2022 r.). Ale problem ma też cała światowa gospodarka.
Stan zaniepokojenia najlepiej widać po tym, jak zmieniały się główne indeksy giełdowe w ciągu minionych tygodni. Na Dalekim Wschodzie spadły od 3 do 6 proc., w Indiach o 9 proc., w Europie (zawsze przerażonej wizją globalnej recesji) od 2 do 8 proc., w USA o 3 proc. A czy gdzieś rosły? Oczywiście! W Rosji, Kazachstanie, Norwegii, Nigerii, Wenezueli. Czyli tam, gdzie jest ropa i gaz, a do Zatoki Perskiej daleko.