Jerzy Żyżyński: Zapytałem ChatGPT, czy NBP może finansować deficyt budżetowy

Nie opierajmy się bezkrytycznie na sztucznej inteligencji. Twierdzenie, że poważnym zarzutem wobec prezesa Adama Glapińskiego jest „finansowanie przez NBP deficytu budżetowego”, jest bezpodstawne. Ten zarzut „dęty” – pisze w polemice doradca NBP.

Publikacja: 29.03.2024 15:47

Głównym punkt wniosku o pociągnięcie prezesa NBP przed Trybunałem Stanu dotyczy zakazu finansowania

Głównym punkt wniosku o pociągnięcie prezesa NBP przed Trybunałem Stanu dotyczy zakazu finansowania deficytu budżetowego przez bank centralny

Foto: Bloomberg

Pomysł likwidacji prac domowych dla dzieci uzasadnia się tym, że i tak nie służy to ich rozwojowi, bo korzystają z wypracowań napisanych przez sztuczną inteligencję (AI). Ten pomysł oczywiście nie ma sensu, wynika z pedagogicznej ignorancji kierownictwa resortu edukacji, bo przecież prace domowe służą rozwojowi dzieci, ale faktem jest, że korzystanie z AI jest bardzo ryzykowne. Powiela ona poglądy zaczerpnięte z różnych źródeł internetowych, a tam roi się od fałszów i błędnych interpretacji.

Czytaj więcej

Trybunał Stanu dla Adama Glapińskiego: osiem zarzutów dla szefa NBP

Zapytałem AI (ChatGPT), czy NBP może finansować deficyt budżetowy i otrzymałem odpowiedź: „Zgodnie z art. 227 Konstytucji RP bank centralny nie może bez zgody Sejmu finansować deficytu budżetowego państwa. Natomiast zgodnie z Ustawą o NBP, NBP nie może udzielać kredytów lub pożyczek na pokrycie deficytu budżetowego. Dodatkowo NBP nie może nabywać bezpośrednio od Skarbu Państwa papierów wartościowych emitowanych w celu finansowania deficytu budżetowego”. To typowa „potoczna” opinia, obawiam się, że na takich źródłach opierają swoją wiedzę politycy i ich niektórzy „eksperci” (na przykład radca prawny, na opinię którego powoływał się marszałek Zgorzelski).

Czytaj więcej

Ekonomiści: zarzuty wobec prezesa NBP są poważne

Co mówi konstytucja o NBP?

Jest to odpowiedź co prawda częściowo prawdziwa, bo rzeczywiście, NBP nie może nabywać obligacji bezpośrednio od Skarbu Państwa, ale w ogólnej wymowie błędna, okazuje się bowiem, że art. 227 mówi tylko, że NBP ma wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej i odpowiada za wartość polskiego pieniądza; że jego organami są Prezes, RPP i Zarząd; że prezes jest powoływany przez Prezydenta na sześć lat; że nie może on należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić niegodnej działalności publicznej; określa skład RPP; że RPP ustala corocznie założenia polityki pieniężnej i przedkłada je do wiadomości Sejmowi; i wreszcie, że organizację i zasady działania NBP określa ustawa. I nie ma ani jednego słowa zakazującego finansowania deficytu budżetowego przez NBP.

Czytaj więcej

Prof. Litwiniuk: Prezes NBP nie odpowiada wyłącznie przed Bogiem i historią

O finansowaniu deficytu jest natomiast krótko, ale inaczej niż się sądzi, w art. 220 Konstytucji, gdzie w pkt 2. napisano: „Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa”. A więc ograniczenie jest odniesione nie do banku centralnego, lecz do Ministerstwa Finansów, które ustawę budżetową opracowuje, Sejmu i Senatu, które ją uchwalają i Prezydenta, który ją podpisuje. Radziłbym, Panie Marszałku, nie korzystać z takich „ekspertów”, bo to nie przydaje powagi i szacunku Wysokiemu Urzędowi.

Czym są operacje otwartego rynku prowadzone przez NBP?

Prof. Leszek Balcerowicz w wywiadzie „Co najmniej dwa poważne zarzuty wobec Glapińskiego” („Rzeczpospolita” 27.03.2024) stwierdza lakonicznie, że „wszyscy poprzedni szefowie NBP mieli jasność co do tego, że bank centralny na mocy zakazu konstytucyjnego nie powinien finansować deficytu”. A to dowodzi, że te skądinąd znakomitości polskiej ekonomii nie doczytały dość wnikliwie Konstytucji. Przypuszczam, że prof. Balcerowicz znakomicie rozumie, że taki zakaz sformułowany wprost nie miałby sensu, bo pozwalałby ludziom złej woli każdy zakup obligacji skarbowych, nawet na wtórnym rynku, uznawać za finansowanie deficytu – a takie transakcje są przecież podstawowym elementem regulującej płynność systemu bankowego działalności, określanej jako „operacje otwartego rynku”, które są zasadniczym elementem polityki pieniężnej realizowanej przez wszystkie banki centralne.

I rzeczywiście, takie możliwości działania banku centralnego określone są w ustawie o NBP. W art. 48 i 49 tej ustawy jest danych NBP wiele ważnych upoważnień. Może on emitować i sprzedawać własne papiery wartościowe; w operacjach otwartego rynku może sprzedawać i kupować różne dłużne papiery wartościowe, czyli obligacje i weksle, także bony skarbowe; ma prawo organizować obrót papierami wartościowymi, których jest emitentem oraz papierami wartościowymi emitowanymi albo poręczanymi lub gwarantowanymi przez Skarb Państwa; może mu być powierzona obsługa pożyczki państwowej, zaciągniętej w drodze emisji papierów wartościowych; może przyjmować do przechowania i administrowania oraz jako przedmiot zabezpieczenia papiery wartościowe, w tym papiery wartościowe, których jest emitentem.

Nie ma tu ani słowa zakazu zakupu papierów wartościowych emitowanych przez Skarb Państwa (jak i inne instytucje publiczne) na określone cele poza ustawą budżetową i na wtórnym rynku, czyli od banków, na przykład tak zwane obligacje covidowe. Luzowanie ilościowe zastosowane w pandemii było oczywiście klasycznym działaniem na otwartym – czyli, jeszcze raz podkreślmy, wtórnym - rynku, i niczym innym, aczkolwiek na szerszą niż wcześniej skalę, i jak najbardziej legalnym. Forsowanie tych zarzutów wobec banku centralnego jest zatem oparte na z gruntu błędnych, niemerytorycznych podstawach.

Czytaj więcej

Ekonomiści o udziale NBP w finansowaniu CPK: To nie mieści się w głowie

Przykładem są poglądy zaprezentowane w artykule red. Piotra Skwirowskiego „Ekonomiści: NBP nie powinien finansować CPK” (Rzeczpospolita 20.02.2024) w reakcji na wzmiankę prof. Ireneusza Dąbrowskiego, że celowe by było wsparcie przez bank centralny niektórych strategicznych inwestycji (wywiad Grzegorza Siemionczyka z prof. Ireneuszem Dąbrowskim „NBP powinien pomóc sfinansować kluczowe inwestycje państwa”, Rzeczpospolita 19.02.2024).

Czytaj więcej

Dąbrowski, członek RPP: NBP powinien pomóc sfinansować CPK i elektrownie atomowe

Zatem twierdzenie, że poważnym zarzutem jest „finansowanie przez NBP deficytu budżetowego”, jest bezpodstawne - ten zarzut jest, mówiąc potocznym językiem „bardzo dęty”, wbrew temu, co mówi były prezes NBP, nie ma umocowania w Konstytucji.

NBP musi prowadzić wyważoną politykę pieniężną i jednocześnie stymulować rozwój gospodarki

Problem potocznych a fałszywych opinii dotyczy niestety wielu kwestii ekonomicznych. Tu istnieje głębsza potrzeba szerszego uświadomienia długookresowych i wciąż rzutujących na naszą sytuację skutków tego, że nasza gospodarka do nowego ustroju gospodarczego startowała bardzo osłabiona. Po pierwsze, była strukturalnie niedostosowana, a co gorsza – jej znacznie przetrzebiona w wyniku doktrynalnej prywatyzacji i niekompetentnego zarządzania - opisuje to bardzo wnikliwie dr Ryszard Ślązak w niesłusznie przemilczanej obszernej pracy „Samozagłada gospodarki polskiej 1989-2016”.

Czytaj więcej

Z euro szybciej dogonimy niemiecką gospodarkę

Po drugie, nie miała rozwiniętych instytucji finansowych, była pozbawiona rynku finansowego, który trzeba było budować od zera. Po trzecie, w wyniku szokowych metod likwidacji „nawisu inflacyjnego” na początku lat 90. pozbawiono ją zasobów finansowych (praktycznie całego zasobu zakumulowanych oszczędności).

Z tych powodów bank centralny musi prowadzić – w szczególności w kryzysie pandemicznym - bardzo wyważoną politykę pieniężną i jednocześnie stymulować rozwój gospodarki. Nie wszyscy rozumieją skutki tego, że zasób, który system finansowy ma do dyspozycji, jest wciąż zbyt niski. I tylko jeśli ma się własny pieniądz, to kompensowanie skutków takich zdarzeń może być skutecznie realizowane. To są elementarne podstawy wiedzy o gospodarce, którą posiada większość ekonomistów, ale brakuje jej niektórym politykom.

Bajki o efekcie cappuccino a indeks Big-Maka

Przykładem tej niewiedzy są znowu ostatnio kolportowane opinie, że jakoby zamiana złotego na euro nie miała powodować wzrostu cen i opowiada bajki o tzw. efekcie cappuccino, że to niby tylko kwestia zaokrąglenia cen – to znowu tzw. potoczne błędne opinie, także powtarzane przez AI.

Po to, by zrozumieć tę kwestię, trzeba uwzględnić efekt tzw. dysparytetu kursowego, czyli różnicy między kursem rynkowym euro a parytetem siły nabywczej. Bardzo dobrze ilustruje to publikowany co pół roku przez „The Economist” tzw. BigMac index, który jest swoistym szybkim i bardzo dobrym przybliżonym porównaniem parytetów siły nabywczej walut. Jak podaje szacowny brytyjski tygodnik w styczniowej aktualizacji, cena Big-Maka w Polsce to 19,90 zł, natomiast w strefie euro 5,39. Oznacza to, kurs parytetu siły nabywczej wynosi 3,69 zł za euro. Zatem niedowartościowanie rynkowego kursu złotego (4,36 zła za euro) w stosunku do siły nabywczej wynosi 15,4 proc. I efektu tego niedowartościowania nie rozumieją „eksperci” bajdurzący, że istnieje tylko kwestia „efektu cappuccino”.

Czytaj więcej

Boris Vujčić: Przyjęcie euro w Chorwacji nie wywołało inflacyjnego chaosu

Skutek jest taki, że podczas gdy obecnie za średnią płacę w przemyśle 7768 zł można kupić 390 kanapek Big-Mac, to po przeliczeniu płac według kursu rynkowego euro, co by dało 1782 euro, kupi się tylko 331 tych kanapek. Dla większości towarów po wejściu do strefy wspólnego pieniądza działa tzw. prawo jednej ceny: ceny zrównują się w strefie, ale płace są przeliczane według kursu rynkowego, w efekcie ludzie tracą, pogarsza się poziom życia i relatywnie spada efektywny popyt. Obniża się też realna wartość zasobów kapitałowych zgromadzonych w bankach i spada tempo wzrostu gospodarczego – naturalny efekt wyłączenia jednego z najważniejszych mechanizmów dostosowawczych, czyli zmian kursu walutowego.

Presja na przejście na euro jest zdecydowanie przedwczesna

Nikomu nie opłaca się wchodzić do strefy wspólnego pieniądza, gdy istnieje silny dysparytet kursowy, czyli ma się pieniądz stosunkowo słaby w stosunku do siły nabywczej i na jego słabości korzystają eksporterzy. Z punktu widzenia eksporterów nie warto wchodzić do wspólnej waluty, która jest silniejsza. Przypominam, że eksport stanowi blisko 50 proc. naszego PKB, zatem przejście na silniejszy pieniądz jest po prostu nieopłacalne dla połowy gospodarki.

Oczywiście inni producenci mogą na tym zyskać, bo relatywnie spadną koszty pracy, a jeśli są to podmioty zagraniczne (a w znacznej części – są), to odprowadzą większe zyski do swoich krajów macierzystych, natomiast gospodarka straci. Już obecnie transfer z Polski zysków i innych dochodów sięga ponad 200 mld zł. Ściśle biorąc, w 2023 r. odpływ wyniósł 228 mld zł, ujemne saldo to 145 mld zł, a tymczasem środki te powinny służyć finansowaniu budujących siłę gospodarki inwestycji. W ciągu minionych 10 lat ten osłabiający gospodarkę odpływ środków wyniósł ponad 1,5 bln. zł (saldo 1 bln zł) – nasza pozycja byłaby znacznie lepsza, gdyby środki te zostały w kraju i wspierały wzrost gospodarczy.

Czytaj więcej

Euro zamiast złotego. Należy to zrobić najpóźniej do 2030 roku

Trzeba pamiętać, że własna waluta tworzy mechanizm wspierający rozwój słabszych krajów, a wciąż jednak do takich należymy. Natomiast dla krajów silniejszych, które dla rozwoju gospodarki potrzebują wzrostu eksportu, staje się hamulcem, bo ich wysoki eksport powoduje umacnianie własnego pieniądza, co zmniejsza opłacalność eksportu. Póki co, zatem presja na przejście na euro jest zdecydowanie przedwczesna. Zwolennicy szybkiego wejścia do strefy euro powinni jednak mieć na uwadze to, że właśnie z powodu utrzymującego się wysokiego dysparytetu kursowego nie należymy do optymalnego obszaru walutowego z krajami strefy euro.

Warto zauważyć, że w holu wejściowym do głównego budynku NBP od dziesięcioleci wisi tablica upamiętniająca fragmenty statutów banków, które były prekursorami – dziadami i pradziadami NBP. Mało kto na nią spogląda, a niejednemu może by to przydało mądrych refleksji, bo w najbardziej wyrazistym fragmencie statutu Banku Polskiego z 1828 r. jest powiedziane: „W mieście naszem stołecznem Warszawie ustanawiamy bank pod nazwiskiem Banku Polskiego, którego celem być ma: zaspakajanie długu publicznego tudzież rozszerzanie handlu i przemysłu narodowego”.

Tak, to nieco archaiczne, mamy inne czasy, ale jak widać, rozumiano wtedy, że bank państwa ma przede wszystkim wspierać gospodarkę, a nie służyć utwierdzaniu ekonomicznych iluzji i dogmatów ekonomii. Przypomnijmy slogan przypisywany prezydentowi Clintonowi i powiedzmy: „gospodarka, głupcze”. To kluczowa prawda, którą wszyscy uczestnicy sporów powinni sobie wziąć do serca: gospodarka (polska!) najważniejsza.

Opinie publikowane w „Rzeczpospolitej” są elementem debaty publicznej i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy redakcji.

CV

Prof. Jerzy Żyżyński

Autor jest doradcą prezesa Narodowego Banku Polskiego, w latach 2016-2022 był członkiem Rady Polityki Pieniężnej. 

Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację