Albo coraz bardziej wierzymy w ZUS (i w rząd), albo coraz mniej osób stać na oszczędzanie. A może jedno i drugie?
Jakoś to jednak nie za bardzo koreluje z danymi ZUS, który przyznaje, że w latach 2017–2021 zabraknie mu ze składek na emerytury jakieś 50 mld zł. Rocznie! W wariancie optymistycznym! W wariancie pesymistycznym w samym tylko roku 2021 będzie brakowało już 91 mld zł.
To oczywiście żaden problem, bo przecież brakującą różnicę i tak dopłaci budżet – jak brakuje środków z podatku nazywanego składką emerytalną, dosypuje się do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, z którego ZUS czerpie na emerytury, z worka budżetowego z wpływami z innych podatków. Czy tak można w nieskończoność? Nie za bardzo. Coraz więcej osób będzie bowiem pobierało emerytury, a coraz mniej pracowało, a więc płaciło składki i podatki. Takie są nieubłagane prawa demografii. Młodych rodzi się coraz mniej, a starsi żyją coraz dłużej, więc dłużej pobierają świadczenia emerytalne i zdrowotne, które są coraz bardziej kosztowne.
Może więc trzeba jednak zacząć oszczędzać prywatnie na przyszłe emerytury? Po pierwsze, nie za bardzo jest z czego – pensje netto są niskie, gdyż państwo odbiera nam znaczną część pensji brutto, między innymi po to, by móc wypłacać dziś emerytury. Po drugie, państwo zawsze może zrobić skok na nasze oszczędności – jak zrobiło skok na OFE. To nic, że w OFE nie było pieniędzy, które podobno nam państwo odebrało. Liczy się nie to, co jest (albo czego nie ma), tylko to, co nam się wydaje, że jest, albo czego nie dostrzegamy, że jest. Żyjemy więc złudzeniami. Jest to wiara, że nasz naród wybrany doczeka się takiego Salomona, który nawet z próżnego potrafi nalewać. Romantyczno-mesjanistyczna kultura dominuje nie tylko w polskiej rzeczywistości politycznej, ale także w gospodarczej. Jakoś to będzie, Najświętsza Panienka, która z Synem po polsku z pewnością rozmawia, nas wyratuje.
Skoro kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą, to ile razy trzeba powtórzyć prawdę, by mogła się obronić przed kłamstwem? Nikt nam nie da niczego, czego nie wypracujemy sami. Niektórzy, jak pani Kiszczakowa, mogą próbować dorabiać do emerytury na sprzedaży skarbów, które mają pochowane w szufladach, ale ich cena chyba mocno obecnie „podąża na południe" – jak by się wyrazili wytrawni analitycy finansowi.