Ludzie byli zadowoleni, problemy pozornie rozwiązywały się same, a rachunki do zapłacenia przesuwano na przyszłość. Do czasu.

Czy to naprawdę coś niezwykłego, że w gospodarce po kilku latach boomu przychodzi czas kłopotów? Opisano to już ponad 3 tysiące lat temu w bardzo wiarygodnym dziele. Pewnemu egipskiemu faraonowi przyśniło się siedem krów tłustych, które zostały pożarte przez siedem krów chudych. Przywołany ekspert Józef (faraonowie najwyraźniej pytali czasem o zdanie ekspertów, nie poprzestając na poradach PR-owców) wyjaśnił, że po siedmiu latach urodzaju nieuchronnie nadejdzie siedem lat problemów i biedy. I że póki są czasy łatwe, nie wolno przejadać całego zboża, ale trzeba gromadzić zapasy na czasy trudne.

Czy faraon musiał pójść za radą Józefa? Wcale nie! Mógł uciąć mu głowę i zadowolić się długą tyradą swego skarbnika przekonującego, że nie ma żadnego kryzysu. Mógł słuchać wezyra, mówiącego że od wszelkich kłopotów wybronią projekty miliona nowych rydwanów i przekopania kanału przez Synaj. Mógł uwierzyć urzędnikowi do specjalnych poruczeń gwarantującemu, że wyczaruje brakujące miliony ton. Mógł opowiadać, że zmusi Asyrię do zapłacenia niebotycznych reparacji wojennych. Mógł rozdać fellachom zamiast zboża bony towarowe. Mógł pożyczyć złoto od fenickich bankierów. I oczywiście mógł kazać postawić przed świątynią w Luksorze nowy sławiący sukcesy obelisk i ławeczki w kształcie mapy Egiptu. Faraon jednak posłuchał rad Józefa i przygotował kraj na kryzys.

Przez siedem lat Polska prowadziła politykę przejadania dochodów, które w czasie boomu pojawiły się w gospodarce. Kraj ma najniższą od 30 lat stopę inwestycji, co oznacza że konsumuje wszelkie nadwyżki, nie przejmując się przyszłością. Finanse publiczne są chronione przed katastrofalnym pogorszeniem tylko dzięki podatkowi inflacyjnemu nałożonemu na oszczędzających i na większość żyjących z pracy. System emerytalny jest nieustannie rujnowany, a jego rezerwy zostały już przejedzone. Pieniądz traci wartość, a powstrzymanie tego procesu wymagałoby radykalnych działań, na które rząd najwyraźniej nie jest gotowy. Transformacja energetyczna została wyhamowana na żądanie lobby górniczego, co prowadzi do jeszcze większego wzrostu cen energii. Ogromne pieniądze zostały zamrożone w pokazowych inwestycjach o niepewnych (w najlepszym razie) szansach powodzenia. Prowadzona polityka zepchnęła kraj na margines Unii, co już dziś pozbawia nas dostępu do części, dramatycznie dziś potrzebnych, funduszy na walkę z kryzysem.

A jednak mimo ostrzeżeń ze strony różnych Józefów przez długi czas nic strasznego się nie działo. Polska cieszyła się niebywałym szczęściem i świetną koniunkturą, co pozwalało na unikanie problemów i odsuwanie rachunków na przyszłość. Niestety, do czasu. Dziś karta się odwróciła, zamiast świetnej koniunktury mamy wojnę, zbliżającą się szybkimi krokami recesję i szalejące ceny. Jesteśmy o krok od utraty kontroli nad inflacją. Jeśli zima będzie ostra, a Rosja spełni swoje groźby wobec Europy, może zabraknąć nie tylko węgla, ale i gazu, a część zmagającego się ze wzrostem cen energii przemysłu po prostu stanie. Przyszedł czas płacenia beztrosko przyjmowanych rachunków i zwrotu zaciąganych po cichu długów.

A faraon w najlepsze sobie chrapie.