Tym razem wajcha została przesunięta w kierunku tych firm przemysłu obronnego, w których prywatni udziałowcy mają większość. Ogłoszony parę dni temu kontrakt Ministerstwa Obrony Narodowej z Grupą WB na zakup systemów Gladius, którego centralną częścią są bezzałogowce, to dobra wiadomość, ciepło przyjęta przez wojsko i ekspertów, podobnie jak wcześniejsze informacje o pozyskaniu z tej samej firmy kolejnych systemów Warmate, czyli tzw. dronów-samobójców.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że niestety trzeba było wojny w Ukrainie i pochwał, jakie zbierają tam polskie bezzałogowce z tegoż samego WB, aby resort obrony bardziej przychylnie spojrzał na prywatną część naszego sektora zbrojeniowego. Jeszcze całkiem niedawno obowiązywała doktryna, że podstawowym dostawcą uzbrojenia dla polskiej armii mają być firmy państwowe z Polskiej Grupy Zbrojeniowej i tenże PGZ ma się zabrać również za produkcję dronów. Na razie bezzałogowce kupujemy od Amerykanów, Turków i… WB. W PGZ prace trwają.

Tego typu przepychanki, zmiany planów i koncepcji są charakterystyczne dla prób modernizacji polskiej armii. Tyle że świat nauczył się działać inaczej. Podstawę sukcesu stanowią programy wieloletnie realizowane przy konsekwentnym zaangażowaniu państwa. W ten sposób swój przemysł obronny rozwinęli Norwegowie czy Francuzi, nawet w rozdygotanych politycznie Włoszech tamtejsze firmy w spokoju pracują na przykład nad rozwojem najnowocześniejszych technologii radarowych.

Gdy w Izraelu przedstawiciele miejscowej zbrojeniówki usłyszeli o dronowych planach PGZ, życząc nam powodzenia, przypomnieli tylko, że może to nie być taka prosta sprawa, gdyż oni sami pracują nad bezzałogowcami od 40 lat...

Ten szerszy horyzont musi istnieć również w Polsce, jeżeli chcemy mieć przyzwoity przemysł obronny. Nie dzieląc go na firmy lepsze, czyli państwowe, i gorsze – prywatne. To nie ma sensu, ten sektor zawsze będzie uzależniony od państwa. Ważne, by długofalowo i konsekwentnie wspierać najlepszych – czy to PGZ, czy z firmy z większością prywatnych akcjonariuszy. Żeby tak się stało, politycy muszą poskromić swój apetyt na wtrącanie się wszędzie tam, gdzie ich zdaniem się da.

Czy to możliwe? Znów: na świecie tak. Jeden z szefów wielkiej francuskiej, i to państwowej, firmy zbrojeniowej opowiadał mi, jak to tamtejsi politycy po prostu boją się zakłócić funkcjonowanie sprawnego koncernu realizującego tzw. podstawowe zadania z punktu widzenia obronności państwa. U nas ten rodzaj strachu jakby się nie wykształcił. Ale miejmy nadzieję – do czasu.