Żyjemy w epoce fascynującego dysonansu poznawczego. Z jednej strony z upodobaniem oddajemy się lękom o koszty przyszłości, z drugiej zaś zupełnie ignorujemy koszty teraźniejszości. Dobrym przykładem tego mechanizmu jest Unia Europejska, która w zeszłym roku lekką ręką wydała 340 mld euro na import paliw kopalnych, jednocześnie wpadając w filozoficzną zadumę nad tym, czy aby na pewno stać ją na dekarbonizację. Ten węglowodorowy nałóg kosztował nas w 2025 r. równowartość 1,5 proc. unijnego PKB. Zamiast jednak spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że wysokie ceny energii to po prostu koszt uzależnienia od jej importu, wolimy snuć narracje, w których głównym winowajcą jest polityka klimatyczna.

Liczby tymczasem są nieubłagane i brutalnie weryfikują nasze fantazje o komforcie status quo. W 2024 r. europejski przemysłowiec płacił 107 dol. za megawatogodzinę energii elektrycznej, czyli dwa razy więcej niż jego odpowiednik w USA. W 2025 r. Polska należała do krajów z najwyższymi cenami prądu dla przemysłu w całej UE, głównie z powodu rekordowego udziału danin publicznych w cenie energii. Różnica między europejską a amerykańską ceną gazu jest pięciokrotna. Kryzys energetyczny z 2022 r. nie stworzył tego problemu, ale ujawnił jego strukturalne źródło, którym jest uzależnienie od importu.

Podczas gdy my dzielimy włos na czworo, zastanawiając się nad limitami i kosztami, Państwo Środka po prostu przejęło kontrolę nad globalnymi łańcuchami dostaw

Chiński walec systemowego pragmatyzmu

Deindustrializacja nie jest procesem łatwym do odwrócenia, który można cofnąć politycznym dekretem. Zamknięta fabryka to nie tylko utrata mocy wytwórczych. To utrata kompetencji, podwykonawców i całego ekosystemu, który odbudowuje się przez lata. Widzimy to już dzisiaj. Produkcja stali w UE spadła w 2025 r. do historycznego minimum, tj. o 56 mln ton poniżej poziomu z 2008 r. Ponad połowa mocy produkcji aluminium pozostaje unieruchomiona od 2021 r. A kiedy koszty rosną ponad miarę, przemysł zaczyna poszukiwać efektywniejszych rynków. Symbolicznym obrazem ucieczki jest BASF, największy koncern chemiczny świata, który zamknął 11 linii produkcyjnych w Niemczech i jednocześnie ogłosił inwestycję wartą 10 mld euro w chińskim Zhanjiang. Nie powinno to dziwić, zwłaszcza że Chiny w 2024 r. zainwestowały w sektor czystej energii 625 mld dol., czyli półtora raza więcej niż cała Unia Europejska, a ceny gazu wciąż pozostają tam niższe dzięki kontraktom na dostawy m.in. z państwami Azji Centralnej i Rosją.

Chiny z fascynującą wieloletnią konsekwencją realizują swój strategiczny plan. Podczas gdy my dzielimy włos na czworo, zastanawiając się nad limitami i kosztami, Państwo Środka po prostu przejęło kontrolę nad globalnymi łańcuchami dostaw. To nie jest przypadek ani zrządzenie losu, że dzisiaj blisko 100 proc. paneli fotowoltaicznych, które z taką dumą i technologicznym optymizmem montujemy na europejskich dachach, pochodzi z chińskich fabryk, których standardy dalekie są od unijnych norm praw pracowniczych czy nawet podstawowych praw człowieka.

Gwałtowny amerykański odwrót od zielonej transformajci tworzy dla Europy gigantyczną, wręcz historyczną lukę rynkową – szansę na zagospodarowanie rynków zbytu

Nieprzewidywalność Ameryki

Po drugiej stronie Atlantyku obserwujemy z kolei spektakl absolutnej politycznej nieprzewidywalności, który obnaża również słabości naszych instytucji. Ameryka, która jeszcze niedawno z wielkim rozmachem pompowała miliardy w zielony przemysł, dziś dokonuje gwałtownej wolty. W lipcu 2025 r. administracja Donalda Trumpa podpisała ustawę One Big Beautiful Bill Act, uderzając w system zielonych ulg podatkowych i wygaszając pomoc dla farm słonecznych czy pojazdów elektrycznych. Taki gwałtowny amerykański odwrót tworzy dla Europy gigantyczną, wręcz historyczną lukę rynkową – szansę na zagospodarowanie rynków zbytu, z których właśnie wycofuje się kapitał zza oceanu. Co jednak robimy w obliczu tej szansy? Potykamy się o własne, biurokratyczne dogmaty. Zamiast odpowiedzieć zjawiskiem, które Chińczycy uprawiają na co dzień, czyli systemowym dumpingowaniem konkurencji w celu budowy własnej siły, my boimy się subsydiować nasze firmy, pętani przez fiskalne kryteria konwergencji z Maastricht.

Wydatki na import paliw kopalnych drenują co roku setki miliardów euro z europejskich budżetów

Co ma geopolityka do węgla i gazu

Pozycja militarna i pozycja gospodarcza mają wspólny mianownik, a mianowicie energię. Wiele organizowanych dziś kongresów gospodarczych stawia Polskę przed pytaniem o jej miejsce w świecie – gospodarcze i militarne jednocześnie. To zestawienie nie jest przypadkowe. Nowe zobowiązania NATO z Hagi zakładają osiągnięcie do 2035 r. pułapu 3,5 proc. PKB wydawanych bezpośrednio na obronność i 1,5 proc. na infrastrukturę obronną. Polska nie należy do 10 państw UE zdolnych finansować jednocześnie cele klimatyczne, społeczne i zbrojeniowe bez cięć w innych obszarach budżetowych. Tymczasem wydatki na import paliw kopalnych drenują co roku setki miliardów euro z europejskich budżetów – to pieniądze, które mogłyby finansować zarówno transformację, jak i bezpieczeństwo. Kraj, który importuje większość gazu, nie może mówić o silnej pozycji strategicznej. Energia to dziś waluta siły.

Polskie firmy stoją przed wyborem dekarbonizacji albo ograniczenia dostępu do rynku. W marcu 2026 r. Komisja Europejska zaproponowała Industrial Accelerator Act. Od 2029 r. infrastruktura publiczna będzie wymagać minimum 25 proc. udziału niskoemisyjnej unijnej stali i 5 proc. czystego betonu. Samochody elektryczne finansowane publicznie muszą być montowane w UE, z 70-proc. udziałem europejskich komponentów. Rynek zamówień publicznych odpowiada za ok. 14 proc. unijnego PKB. Dla polskich podwykonawców brak certyfikowanego niskiego śladu węglowego będzie równoznaczny z wykluczeniem z gigantycznego segmentu popytu.

Mamy niezwykłą skłonność do mylenia urzędowych dekretów z twardymi prawami rzeczywistości. Kiedy pakiet Omnibus wyłączył z obowiązku szczegółowego raportowania ESG ponad 3 tys. polskich przedsiębiorstw, część biznesu przyjęła to z głęboką ulgą. Lubimy wierzyć, że biurokratyczne zwolnienie zdejmuje z nas ciężar samego problemu. Tymczasem rynek nie poddaje się tej zbiorowej amnezji – globalne korporacje i tak rygorystycznie audytują swoje łańcuchy dostaw. Międzynarodowe badania wskazują jednak, że aż 90 proc. podmiotów formalnie zwolnionych z CSRD zamierza utrzymać lub rozszerzyć zakres raportowania ESG, bo wymagają tego kontrahenci. Polskie firmy, które przestaną monitorować ślad węglowy, narażają się więc na utratę kontraktów. Nie dlatego, że zmienią się przepisy, lecz dlatego, że zmienił się rynek.

Nie uciekniemy przed kosztami zielonej transformacji

Tymczasem krajobraz na własnym podwórku wciąż przypomina minioną epokę. Warto przypomnieć, że wśród 140 największych spółek na GPW 95 proc. zużywanej energii pochodzi z paliw kopalnych. Udział odnawialnych źródeł energii wynosi niespełna 5 proc., z czego większość stanowi spalanie biomasy i biogazu. Zaledwie mniejszość największych spółek ma odwagę przyjąć realne cele klimatyczne. Problem w tym, że globalne rynki i banki dawno przestały finansować nietransparentność i na chłodno wliczają nasze zapóźnienie w koszty kapitału i ocenę zdolności kredytowej.

Złudzenie, że możemy uciec przed kosztami zielonej transformacji, to błąd poznawczy. Uciekając przed nimi, zmieniamy jedynie adresata rachunku. Każdy rok zwłoki to droższy import, rosnący koszt kapitału, kurcząca się baza przemysłowa zdolna do uniesienia inwestycji i gigantyczne koszty zdrowotne, które w całej Unii szacuje się na 73 mld euro rocznie, co można porównać do PKB Słowenii. Koszty wcale nie znikają i nie maleją. Zmienia się tylko to, kto na końcu będzie musiał je pokryć.

O autorze

Tomasz Czech

Lider projektu Zrównoważone Finanse w Fundacji Instrat