Chce rozszerzyć zakaz na soboty – od godz. 22, i poniedziałki – do 5.00. Ma to uniemożliwić ratującym przychody handlowcom pracę do północy w pierwszy dzień weekendu i wczesne przygotowanie sklepów do działania na początku tygodnia. Jak daleko posuną się związkowcy w kolejnych żądaniach? Czas powstrzymać to ideologiczne szaleństwo.

Hasło „dajmy ludziom dzień święty święcić, bo cała cywilizowana Europa tak robi" jest nośne, ale nieprawdziwe. Całkowity zakaz obowiązuje tylko w sześciu na 28 krajów Unii. W nie mniej od Polski katolickich Włoszech, w Rzymie, tuż pod murami Stolicy Apostolskiej handel tego dnia kwitnie. W poprzednią niedzielę miałem okazję przekonać się o tym osobiście: na ulicach wokół Watykanu sklepy spożywcze działały do 19–20, dało się nawet zrobić zakupy w salonach z ubraniami czy wyrobami ze skóry. Zamknięte były natomiast – co logiczne – sklepy z monstrancjami, biskupimi pastorałami i księżowskimi ornatami.

Na drugim biegunie jest inny katolicki kraj – Austria, która uchodzi za przykład restrykcyjnego podejścia do niedzielnego handlu. Ale i tu kupcy robią wiele, by zakaz ten ominąć. Kawiarnie tworzą kąciki sklepowe, a samy na dworcach kolejowych przechodzą absurdalne metamorfozy, byle tylko spełnić warunki pozwalające na otwarcie w niedzielę.

W poprzednie wakacje miałem okazję robić ostatniego dnia tygodnia zakupy w Interspaar na Wien Hauptbahnhof. Mocno przetrzebiony z towaru sklep podzielony był szarfą na dwa (by zmieścić się w niedzielnym limicie powierzchni), ale ludzie ją ignorowali, więc postanowiono wstawić siatkę. W efekcie najpierw stoi się w jednej długaśnej kolejce po pieczywo, a potem w drugiej – po ser czy masło. O ile jeszcze jest. Obraz ten bardziej przypomina PRL niż cywilizowaną Europę.

Skoro więc nie ma restrykcji, których nie da się ominąć – po co w nie brniemy i ulegamy szalonym pomysłom związkowców?