Nie będzie  gazociągu South Stream, który omijając Ukrainę i Polskę miał transportować gaz na południe Europy. Polityka Rosjan wobec Ukrainy powstrzymała  najważniejszy w tej chwili projekt Kremla.

Z South Stream nie poszło tak łatwo jak z North Stream, kiedy to Rosjanie budując gazociąg omijający Polskę, korzystali z pełnego poparcia  nie tylko ważnych niemieckich osobistości, ale wręcz i rządu w Berlinie.

Od tego czasu jednak  zmienił się energetyczny krajobraz Europy.  Pojawił się gaz z Afryki Północnej i południowa Europa jest już dobrze zaopatrzona dzięki kontraktom katarskim.

Gazu zrobiło się więcej i Europa przestała już jako klient wisieć u końca rosyjskiej rury. South Stream, kosztowny także dla UE, stracił rację bytu. Na nic także się zdały wieloletnie wysiłki dyplomatyczne (i nie tylko dyplomatyczne), które miały skłonić Węgrów i Bułgarów, aby wzięli udział w tym projekcie.  Węgrzy długo działali ręka w rękę w Moskwą, dopiero ostatnio zmienili w tej sprawie zdanie i wycofali swoje poparcie dla projektu.

Nie pomogło nawet obalenie bułgarskiego rządu Bojko Borysowa wspieranego przez krnąbrnego wicepremiera Simeona Djankowa, którzy South Streamu  u siebie nie chcieli , bo wiedzieli,że oznacza to dla ich kraju nie tyle pieniądze za tranzyt, ale przede wszystkim totalne i na wieki uzależnienie energetyczne od humorzastej Rosji. Ostatecznie więc w czerwcu Bułgarzy wstrzymali budowę swojego kawałka gazociągu.

Rosjanie, a konkretnie Gazprom wspierali jeszcze do niedawna „ekologów”,którzy zachęcali Bułgarów i Rumunów do protestów przeciwko poszukiwaniu gazu łupkowego. Tu akurat na jakiś czas przynajmniej nie warto już będzie wydawać pieniędzy, bo taniejące paliwa, a wraz z nimi taniejąca energia automatycznie zmniejszą zapał do takich poszukiwań. Ale Putin twierdzi,że  Bułgaria nie zachowuje się jak suwerenne państwo. czy gdyby uległa naciskom Gazpromu, byłaby bardziej suwerenna?

Oczywiście Władimir Putin w typowy dla siebie sposób za niepowodzenie wini  Brukselę, a nie swoją politykę energetyczną, prawdziwą grę w kota i mysz z odbiorcami. Nie pamięta już  cenowego widzimisię: każdy odbiorca mógł co prawda negocjować cenę, ale i tak była ona uznaniowa. Oczywiście według uznania Kremla.

Rosjanie zawsze przekonywali, że South Stream, to projekt biznesowy. Dla Moskwy częściowo pewnie był, bo dawał gwarancję sprzedaży gazu wypłacalnym odbiorcom i  najtańszym kosztem.

Są jednak kraje, które "wygrały" na zaniechaniu projektu gazociągu opasującego Europę od Południa. To Chiny i zapewne Turcja, które teraz, wobec nadmiaru rosyjskiego gazu mogą spokojnie negocjować takie ceny gazu, o jakich wcześniej im się nie śniło. Ale wygrała także Ukraina, bo to przez terytorium tego kraju będzie nadal transportowana ogromna część rosyjskiego gazu, który kupiła Europa.

Największym przegranym jest jednak sam prezydent Rosji, który odpowiada za politykę energetyczną swojego kraju. Energia to kluczowa branża w rosyjskim systemie gospodarczym.   Odstąpienie  od projektu South Stream, co samo w sobie jest porażką,  przychodzi w momencie, kiedy ropa i gaz tanieją i w budżecie Rosji pojawi się ubytek przynajmniej 100 mld dolarów.