Skrzypłocze nie bez powodu nazywane są „żywymi skamieniałościami” – ich historia sięga około 445 mln lat, a przez ten okres ich wygląd zmienił się jedynie nieznacznie. Uwagę zwraca przede wszystkim charakterystyczny, przypominający prehistoryczny hełm pancerz. To właśnie od niego pochodzi japońska nazwa tych zwierząt, którą można przetłumaczyć jako „krab hełmowy”. Choć sugerować to może pokrewieństwo z krabami, zwierzęta te nie są wcale skorupiakami. Należą do stawonogów i bliżej spokrewnione są ze skorpionami niż z krabami.

Dwa razy starsze niż dinozaury. Czym naprawdę jest skrzypłocz?

Skrzypłocze wyróżniają się także nietypową budową. Mają aż dziewięć oczu rozmieszczonych w różnych częściach ciała oraz sześć par odnóży. Pięć z nich służy do poruszania się. Ostatnia para pełni zupełnie inną funkcję – pomaga rozdrabniać pokarm, między innymi małże i robaki, a następnie kierować go do otworu gębowego zwierzęcia.

Uwagę zwraca także długi, ostro zakończony ogon skrzypłocza, nazywany telsonem. Choć może wyglądać groźnie, nie służy do atakowania ani obrony. Zwierzę wykorzystuje go przede wszystkim wtedy, gdy przewróci się na grzbiet – telson pomaga mu ponownie obrócić się na właściwą stronę.

Czytaj więcej

Przetrwały zlodowacenia a wyginą przez pandemię? Skrzypłocze w kryzysie

Bezcenny dar natury. Jak niebieska krew skrzypłocza pomaga naukowcom?

Twardy pancerz skrzypłoczy stanowi skuteczną ochronę przed drapieżnikami. Jeszcze bardziej niezwykła jest jednak jego krew. W przeciwieństwie do czerwonej krwi człowieka ma ona niebieską barwę – jej funkcjonowanie opiera się bowiem na związkach zawierających miedź. To właśnie ta cecha łączy zwierzęta – których historia rozpoczęła się jeszcze przed pojawieniem się stegozaurów – ze współczesną medycyną. Krew skrzypłoczy wykorzystywana jest przez przemysł biomedyczny do sprawdzania, czy w szczepionkach nie znajdują się szkodliwe toksyny.

Skrzypłocze występują u wybrzeży Ameryki Północnej, od stanu Maine aż po Meksyk. Spokrewniony z nimi skrzypłocz namorzynowy, Carcinoscorpius rotundicauda, występuje natomiast w Indiach, Bangladeszu i Azji Południowo-Wschodniej.

Podobnie jak żółwie morskie, skrzypłocze wykorzystują piaszczyste plaże jako miejsce rozrodu. Samice składają w piasku skupiska liczące około 4 tys. jaj. Dzieje się to zazwyczaj podczas przypływu i w czasie pełni Księżyca. Znaczna część jaj nie rozwija się jednak w młode osobniki – stanowi bowiem ważne źródło pożywienia dla ptaków żyjących i żerujących na wybrzeżach.

Skrzypłocze zdołały dotychczas przetrwać kilka masowych wymierań. Obecnie mierzą się jednak z nowym rodzajem zagrożenia, związanym z działalnością człowieka. Wzrost poziomu mórz oraz zabudowa wybrzeży ograniczają dostępność odpowiednich siedlisk, co wywołuje obawy o przyszłość tych zwierząt.

Czytaj więcej

Smutna opowieść o dwóch gatunkach

Znikające plaże i rosnący poziom mórz. Co czeka te niezwykłe zwierzęta?

Na zagrożenia w rozmowie z dziennikiem „The Guardian” zwrócił uwagę m.in. prof. Mark Botton, który bada skrzypłocze od niemal 50 lat. – Istnieje obawa, że wzrost poziomu mórz powoduje erozję piaszczystych siedlisk na plażach, a kiedy takie miejsce rozrodu na plaży zniknie, zostanie utracone – powiedział naukowiec.

Mimo trudnej sytuacji, wieloletnie badania doprowadziły naukowca do wniosku, że skrzypłocze są wyjątkowo odporne.

Jak wskazuje ekspert, zwierzętom tym pomaga między innymi zestaw substancji chemicznych obecnych w ich organizmach, dzięki którym mogą funkcjonować w niesprzyjających warunkach. Skrzypłocze potrafią także wykorzystywać nawet bardzo niewielkie fragmenty odpowiednich siedlisk, kiedy większość wybrzeża została już przekształcona przez człowieka. – Bardzo dobrze radzą sobie ze znajdowaniem niewielkich fragmentów piaszczystego siedliska, nawet jeśli wybrzeże zostało niemal całkowicie zabetonowane – powiedział Botton, ekolog z Fordham University. Badacz zaznacza, że dlatego – mimo rosnącej presji na ich środowisko – nie należy zbyt szybko zakładać, iż zwierzęta te są skazane na wyginięcie. – Nie należy spodziewać się, że w najbliższym czasie wyginą. Nie powinniśmy ich nie doceniać ani jeszcze ich skreślać – podkreślił prof. Mark Botton.