Dwa lata po płycie „=1” okazuje się nowy album Deep Purple zatytułowany” SPLAT!”. Zespoły z takim dorobkiem jak wasz nie wydają często płyt, tym bardziej tak energicznych i zaskakujących. W czym tkwi sekret zespołu, który na scenie jest od 1968 roku?

Mamy cały czas coś do powiedzenia. Byłoby nam głupio wyjechać w trasę koncertową bez nowego albumu. Wiem, że wiele zespołów gra koncerty, nie prezentując premierowych kompozycji, ale my tak nie chcemy. Wciąż mamy sporo do zaoferowania publiczności. Dzisiaj tworzy się nam oraz gra nawet lepiej niż wcześniej.

Reklama
Reklama

Deep Purple wróciło do studia

„SPLAT!” to dwudziesty czwarty studyjny album w karierze Deep Purple i szósty od 2013 roku, od albumu „Now What?!”, wyprodukowanego przez Boba Ezrina (znanego ze współpracy m.in. z Lou Reedem, Alice Cooperem, Aerosmith, Kiss, Pink Floyd, Peterem Gabrielem), który miał być waszym pożegnalnym albumem. Skąd ten nagły przypływ energii?

Deep Purple to partnerstwo. Czasem ja piszę, czasem piszą wokalista Ian Gillan, perkusista Ian Paice, klawiszowiec Don Airey czy nasz najnowszy nabytek – gitarzysta Simon McBride, ale też pomaga nam producent Bob Ezrin. Przy tych ostatnich kilku albumach to naprawdę koledzy nadawali kierunek grupie. Kiedy pracujemy nad muzyką, Ian Gillan już pisze teksty, pisze te swoje historie, on ma masę pomysłów. Wszyscy są bardzo twórczy. Nie wiem, jak to się dzieje, ale przeżywamy już chyba czwartą młodość. Kipimy od pomysłów i nie zamierzamy rezygnować. To nie jest ostatnia studyjna płyta Deep Purple!

Czytaj więcej

Deep Purple jeszcze nie schodzą ze sceny

Jakie znaczenie dla zespołu ma więc Bob Ezrin i dlaczego pan nie zajmuje się produkcją waszych płyt? Przecież wcześniej produkował pan albumy nie tylko Deep Purple, ale również solowe krążki Iana Gillana, Davida Coverdale’a, Rory Gallaghera, Nazareth, Status Quo, Michael Schenker Group czy Judas Priest?

Wspierałem Boba, ale też Iana w ich pracy. Bob jest sędzią i ławą przysięgłych, mówi: „to jest dobre, tego nie rób, zrób coś takiego”. Tak właśnie pracujemy. Bob wpada na rzeczy, na które ja nigdy bym nie wpadł, jest szalony. Ma spojrzenie na życie, jakiego nie ma nikt inny. Pomocne we współpracy i przetrwaniu jest też poczucie humoru i to, że lubimy pisać piosenki, które mają podwójne znaczenie, nie próbując przy tym za bardzo się wysilać.

Lata temu zrobiliśmy piosenkę „Anya” i można by pomyśleć, że jest o dziewczynie, ale nie jest. To było o czasie, kiedy Węgry odsuwały się od Rosji, więc to polityczna piosenka. Nie byliśmy po jednej czy drugiej stronie. Nie jesteśmy kaznodziejami, tylko obserwujemy i opisujemy. Ale napisane jest to tak, że ludzie myślą, iż chodzi o Anyę, o dziewczynę. A wcale nie. Tajemnica jest bardzo ważna w przypadku Deep Purple.

Czy „SPLAT!” to album koncepcyjny?

Według Iana, tak. Często jestem pytany: co to znaczy „=1” (tytuł poprzedniego albumu DP – przyp. red.) i nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Ian potrafi. On potrafi o tym mówić długo, całą noc. Ale ja tak naprawdę nie do końca wiem, o co chodzi. Ale jeśli główny autor tekstów jest zadowolony, to ja też.

Deep Purple zaczyna od jamowania

Mieszkacie w różnych częściach świata, z całym szacunkiem, nie należycie również do najmłodszych, jak wyglądała praca nad nową płytą?

Piszemy piosenki w ten sam sposób od 1969 r. Kiedy Ian Gillan i ja dołączyliśmy wtedy do zespołu, zostaliśmy skonfrontowani z genialnymi muzykami. Wcześniej nie pracowaliśmy z muzykami na takim poziomie. Gdy się spotykali, cały czas grali. Wciąż tak jest. Ian lubi mówić, że to zespół instrumentalny z towarzyszeniem wokalu. I kiedy masz riff, pomysł, to słowa nie przychodzą od razu. A przynajmniej bardzo rzadko. Więc masz szansę usiąść z boku i posłuchać, wejść w nastrój utworu, bez względu na to, czy to wesoła lub smutna piosenka, kierując swoje myśli w stronę tego, co twoim zdaniem to oznacza. To zawsze wygląda tak samo. Spotykamy się, jamujemy i po mniej więcej tygodniu mamy 15, 20, 25 pomysłów z tych jamów.

Czytaj więcej

Deep Purple na pożegnanie: żyjemy w szpitalu wariatów

Czyli przebywacie w jednym pomieszczeniu, gracie to co czujecie i z tego rodzą się piosenki?

Ian Gillan też tam jest. Niewiele śpiewa, ale pisze. Cokolwiek, ale pisze. Potem mamy kolejną sesję pisania, podczas której słuchamy najlepszych rzeczy, wybieramy te najciekawsze - te, które mają największy potencjał, i wtedy układamy aranżację. Wtedy też Ian Gillan i ja spotykamy się razem – czasem jadę do Portugalii, gdzie mieszka, czasem jesteśmy w studiu – i rozmawiamy o piosenkach, o tym, jakie słowa na nie nałożyć. Potem mamy następną sesję pisania: mamy już muzykę i słowa, mamy też producenta Boba Ezrina, i pracujemy przez około tydzień, po czym wchodzimy do studia i nagrywamy bardzo, bardzo szybko.

Nie wiem, jak to się dzieje, ale przeżywamy już chyba czwartą młodość. Kipimy od pomysłów i nie zamierzamy rezygnować. To nie jest ostatnia studyjna płyta Deep Purple!

Roger Glover

Bob Ezrin dał nowe życie Deep Purple albumem „Now What?!”, który miała być w 2013 r. końcem zespołu, a okazał się nowym początkiem?

Tak, wykonał dobrą robotę. Lubię sam pomysł produkowania, ale produkowanie nagrań zespołu, w którym się jest, jest bardzo trudne. Znasz ludzi, oni znają ciebie i tak naprawdę nie możesz im mówić, co mają robić, kiedy jesteś w zespole. Mogę powiedzieć: myślę, że powinniśmy zrobić to, a oni odpowiadają: nie!

To ciężka praca. Siedzisz w studiu o wiele dłużej niż reszta, a oni chcą być zadowoleni, więc mówią: „możesz podgłośnić wokal?” lub „możesz podgłośnić bębny?” albo „podnieś ten filtr” itp. I tak naprawdę to staje się pracą komitetu, mimo że w miejscu producenta płyty widnieje twoje nazwisko i ty wykonujesz tę robotę. Więc pomysł, żeby mieć zewnętrznego producenta – kiedy tylko pojawił się Bob – uznałem za zbawienny dla zespołu, ale również dla siebie.

Nie ja dowodzę zespołem. Bob ma nazwisko i świetne CV. Nikt mu nie podskoczy. Słuchają się go. Sprawia, że zespół w studio jest bardzo dynamiczny i energiczny.

Ezrin prowadzi w studio Deep Purple twardą ręką. Oczekuje, że będziesz dobry. Podnosi ci poprzeczkę. A ty nie będziesz sprzeczać się z Ezrinem, który ma swoje dokonania i zwykle ma rację. Teraz to już wygląda trochę lepiej, bo przez wszystkie lata i płyty staliśmy się przyjaciółmi. Ale jeśli spieramy się o coś w rodzaju akordu – czy to ma być F czy B-dur z krzyżykiem, a możemy kłócić się o to godzinami, on przychodzi i mówi: nie, to jest F. Bardzo szybko załatwia sprawy. Szybkość jest świetna, bo wtedy nie traci się spontaniczności.

Deep Purple i destrukcja Ritchiego Blackmore'a

Czy po tych wszystkich latach dalej miewacie w zespole spory? Kiedyś Deep Purple to było pole bitwy, a Gillan i Ritchie Blackmore nieustannie się kłócili.

Tak, ale od wielu lat jest już dobrze. Od dawna. Na początku było i dobrze i źle. Ritchie był absolutnie kluczowy dla Deep Purple. Był tym, który popychał wszystko do przodu. Bardzo kreatywny muzyk. Ale bywał też destrukcyjny, więc działało to w obie strony. Natomiast kiedy do zespołu dołączył Steve Morse (poprzedni gitarzysta DP – przyp. red.) to było fantastyczne. Czuliśmy się jak pięć osób, a nie cztery plus jedna. Zmieniliśmy się, musieliśmy się zmienić. Nie możesz się powtarzać, bo wtedy brzmisz jak zespół kopiujący samego siebie. Próbowaliśmy iść naprzód, rozwijać się muzycznie, a Bob pomógł z nas to wydobyć.

Dawno temu nauczyłem się, że trzeba być liderem, a nie naśladowcą. Jeśli jesteś naśladowcą, bardzo szybko zginiesz śmiercią naturalną.

Roger Glover

Kiedy pierwszy raz Ezrin nas spotkał, powiedział: „rozwińcie skrzydła, bądźcie sobą, nie przejmujcie się przeszłością. Nie próbujecie pisać hitów, jesteście warci więcej niż one”. I myślę, że to zmieniło sposób, w jaki zaczęliśmy pisać utwory. Nie baliśmy się już być sobą.

Dawno temu nauczyłem się, że trzeba być liderem, a nie naśladowcą. Jeśli jesteś naśladowcą, bardzo szybko zginiesz śmiercią naturalną. Jednak bycie liderem też jest niebezpieczne, bo możesz odnieść wielki sukces albo kompletną porażkę. Jeśli spojrzysz na Beatlesów, Boba Dylana - oni wyróżnili się, bo byli inni. Ignorowali cały ten zgiełk przemysłu muzycznego i po prostu byli i są sobą. To właśnie próbujemy robić – być sobą.

Już na poprzednim albumie „=1” Don Airey i Simon McBride, czyli muzycy którzy w ostatnich latach dołączyli do zespołu byli bohaterami, a na najnowszej wydają się być kluczowymi muzykami. W takich kompozycjach, jak „Arrogant Boy", „Diablo" czy „Guilt Trippin” właśnie klawisze i gitara dominują.

Deep Purple zawsze było zespołem prowadzonym przez gitarę, więc ktokolwiek jest gitarzystą, jest ważny. Simon jest świetnym gitarzystą i wszedł do zespołu, stając się równie ważny jak każdy inny gitarzysta, jakiego mieliśmy. A fakt, że grał z Donem i przez lata był w zespole Dona sprawia, że oni mają symbiozę, połączenie.

Jamowałem kiedyś z Donem i jego zespołem, grali w klubie niedaleko mojego domu – wtedy po raz pierwszy poznałem Simona. Był takim zadziornym dzieciakiem. Pomyślałem: „Wow, jest świetny!”. A potem, lata później, kiedy Steve musiał odejść, Simon był naturalnym wyborem. Nawet się nad tym nie zastanawialiśmy. Zrobił na nas ogromne wrażenie. To on przynosi większość pomysłów. Ja przynoszę trochę, Don trochę, ale to właśnie on pcha wszystko do przodu i nie da się go zatrzymać.

Simon bez przerwy coś gra i wtedy mówimy: „O, to jest dobre”. Nie reagujemy: „nie, to nie ja to zrobiłem, więc nie będę tego grał”. Nie jesteśmy tacy. Nie jesteśmy o siebie zazdrośni. Każdy, kto jest w pomieszczeniu, kiedy pracujemy, jest częścią procesu pisania, bo nawet jeśli ktoś coś zagra, a ty powiesz: „a może zagraj to trochę inaczej” – to też jest część procesu, nawet jeśli brzmi negatywnie. Czasem potrzebujemy negatywnego podejścia. Trzeba powiedzieć: „to nie działa, spróbujmy czegoś innego”. Wszyscy jesteśmy częścią procesu twórczego zespołu.

Dlaczego nowy album ma tak ciężkie brzmienie?

Simon jest o połowę młodszy od nas. Wychował się w latach 80. i dorastał w Irlandii Północnej, więc to twardy i zadziorny facet.

Nie ma kompleksów, bo Deep Purple to jego bohaterowie?

Miał, ale błyskawicznie go wyleczyliśmy. Pierwszy koncert graliśmy w Tel Awiwie i kiedy zaczęliśmy grać „Highway Star” był trochę przytłoczony publicznością, zespołem i zapomniał zagrać intro. Spojrzał na Dona, a Don mu pokazywał: „zaczynaj”. Dla mnie najważniejszy był moment, kiedy w „Highway Star” zaczyna się solówka gitarowa. Podszedł wtedy na przód sceny, rozstawił nogi i po prostu dał czadu. Miał w sobie pewność siebie. Żadnego „jestem nowym gościem”, nic takiego. Po prostu wszedł w nową rolę znakomicie. Nie było żadnych wątpliwości. Jest świetny i mamy z nim dużo frajdy.

Czytaj więcej

Ian Gillan: Pół wieku jak z bicza strzelił

Ostatni, tytułowy utworów na płycie nie brzmi jak zamknięcie rozdziału, jak ostatni utwór ostatniej płyty Deep Puurple.

Nie, bo niczego takiego nie planujemy. My w ogóle nic nie planujemy. Nasze życie się rozwija, a jeśli coś planujesz - to zatrzymujesz życie w biegu. Nie da się zaplanować najlepszych rzeczy, które ci się zdarzają, ani najgorszych. One się po prostu dzieją, a ty możesz tylko na nie reagować.

Ludzie pytają: „kiedy zagracie ostatni koncert?” Nie chcemy grać ostatniego koncertu. To, co zrobiło Black Sabbath — „to już jest to” i wielki finał - to trochę tandetny sposób na sprzedawanie biletów i gadżetów. Wywołuje sentymentalne emocje. Nie chciałbym tego robić. Gdzie mielibyśmy to zrobić? W Londynie? W Nowym Jorku? W Tokio?

I ten cały ciężar, stres związany z graniem ostatniego koncertu byłby chyba nie do zniesienia. Oczywiście kiedyś zdarzy się kiedyś ostatni koncert, ale nie wiemy kiedy. To się okaże wtedy, kiedy nie będziemy już w stanie grać. Więc: „graj, póki nie padniesz”. Ja na pewno chcę nagrać jeszcze jeden album Deep Purple.

Może jednak sprzedaliście duszę diabłu, bo jesteście w tak świetnej formie, której wielu może wam pozazdrościć.

Jeśli wierzysz w diabła, to musisz wierzyć też w Boga, a ja nie wierzę w Boga, więc nie wierzę też w diabła.

Możecie się spodziewać w Łodzi niespodziewanego. Muzykalności, zabawy, dobrej muzyki. Deep Purple to zespół koncertowy. Większość ludzi myśli o płytach jako o centrum istnienia. Ale nie my. U Deep Purple chodzi o muzykę graną na żywo. Zawsze tak było.

Roger Glover

Deep Purple zagra w Polsce

A jak utrzymujecie tak dobrą formę?

Właściwie nie wiem. Nie robię niczego szczególnego. Myślę, że to bierze się z bycia muzykiem. Nie dorastasz. Pewnego dnia zastanawiasz się: „kiedy dorosnę, to co będę robił?”. Ale wszyscy w środku wciąż jesteśmy dzieciakami i to nie znika. Jest w nas poczucie młodości. Jak mówił Paicey: „za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę, nieważne ile mam lat, wciąż czuję się jakbym miał 15”. To wspaniałe. To daje radość.

Czytaj więcej

Płyta Made in Japan Deep Purple

A czasem nie ma Pan dość podróżowania, lotnisk i całej reszty, która dzieje się między koncertami?

Dziś trochę bardziej o siebie dbamy. Nie mamy rozwalających się autobusów, nie przebieramy się w toaletach. Dbamy o siebie, choć bez przesady. Jeśli możemy znaleźć czarter, to podróżujemy czarterem zamiast liniami regularnymi, autobusami czy pociągami. Więc jest nam łatwiej niż kiedyś. Nie musimy też grać koncertu za koncertem, bo to może cię wykończyć. Count Basie powiedział kiedyś świetną rzecz: „gram za darmo, płacą mi za podróżowanie”.

Deep Purple wystąpią w Polsce 8 października w łódzkiej Atlas Arenie. Czego się spodziewać?

Możecie się spodziewać niespodziewanego. Muzykalności, zabawy, dobrej muzyki. Deep Purple to zespół koncertowy. Większość ludzi myśli o płytach jako o centrum istnienia. Ale nie my. U Deep Purple chodzi o muzykę graną na żywo. Zawsze tak było.

Mieliśmy osiem lat przerwy między albumami. I co robiliśmy przez te osiem lat? Graliśmy trasy, trasy, trasy i jeszcze więcej tras. To nie jest kwestia konkretnych albumów. My ożywamy na scenie. Zawsze myśleliśmy: „wejście do studia jest konieczne, trzeba zrobić płytę, żeby grać koncerty”. Bo dla nas najważniejsze jest granie na żywo, ale jak wspomniałem na początku, chcemy dać ludziom coś nowego, a nie grać na sentymentach. Jedyny powód, żeby nagrywać płyty, to mieć coś nowego do grania na żywo i iść dalej. Trzeba się poruszać naprzód. Mamy to we krwi: bycie w trasie.

A po tylu latach, kiedy gracie np. „Smoke on the Water”, nie ma Pan dość? Nie czujecie się wypaleni?

Stawiam się w miejscu publiczności. Im starsi jesteśmy, tym młodsi oni są. Kiedy gramy „Smoke on the Water”, zdajemy sobie sprawę, że dla nich to jest nowe przeżycie. Znają tę piosenkę, ale nigdy wcześniej nie widzieli, jak graliśmy ją na żywo, więc próbuję spojrzeć na to z perspektywy fanów i to zawsze odświeża. To magiczny utwór. Zaczyna się riff i wszyscy szaleją. Joe Satriani powiedział: „»Smoke...« to jak magiczny przycisk – jeśli chcesz mieć publiczność po swojej stronie, po prostu go naciśnij.” Mamy ogromne szczęście. Całe nasze życie spędziliśmy na scenie. Tego nie da się wycenić. To bezcenne.

Czytaj więcej

Prawdziwe legendy rocka

Roger Glover

basista, kompozytor, autor tekstów, producent, członek zespołu Deep Purple, wcześniej Rainbow i Episode Six