Kamil Piłaszewicz: „Żeby napisać jedną stronę dobrego tekstu, trzeba przeczytać dwadzieścia stron dobrego tekstu” patrząc na powyższe słowa Olgi Tokarczuk, zastanawiam się, ile trzeba przesłuchać utworów, by stworzyć taką płytę, jak ta najnowsza Stefana Węgłowskiego?

Stefan Węgłowski: Myślę, że tysiące godzin. Gdy zaczynałem studia dostałem on mojej nauczycielki, Dobromiły Jaskot wakacyjne zadanie w trzy tygodnie musiałem przesłuchać 20 kilogramów płyt CD.

Kilogramów?

Kilogramów! Do dziś pamiętam jak całe wakacje leżała w moim pokoju gigantyczna torba z tymi płytami. Myślę, iż u każdego stale rozwijającego się twórcy są takie okresy, w których chłonie „zewnętrzną” twórczość. Człowiek staje się pryzmatem, przez który przechodzi doświadczenie innych. Trzeba wtedy na chwilę zniknąć, zamknąć się w sobie. Osobiście lubię takie „stany”. Bardzo mi pomagają. Dużo się wtedy uczę.

Spoglądam na okładkę i widzę trzy nazwiska: Węgłowski, Sohn, Dylla. Jak zrodził się pomysł na stworzenie płyty w takim trio?

Samoistnie. Odkąd poznałem Yeyoung wiedziałem, że będzie „głosem” kolejnej płyty. Ma niesamowitą energię, którą starałem się zawrzeć w moich utworach. Koncept albumu to redefinicja pieśni okresu średniowiecza, gdzie linii wokalnej często towarzyszył instrument strunowy. Przyjęcie przez Marcina Dyllę jednego z najwybitniejszych gitarzystów klasycznych świata zaproszenia do mojego projektu było spełnieniem moich marzeń. Jednocześnie poprzeczka zawisła dość wysoko, bo wiedziałem, że nie ma miejsca na popełnianie z mojej strony jako kompozytora i producenta jakichkolwiek błędów.

Jak wyglądała praca nad stworzeniem płyty „okrytej” szyldem „From 1 to 7”?

Rok pracowałem nad technikami wykonawczymi dla Marcina. Jednocześnie, co było największym wyzwaniem, wspólnie z moim przyja cielem, reżyserem dźwięku Kamilem Kęską pracowaliśmy nad prototypem mikrofonu, który miał na celu zebrać dźwięk gitary w sposób „inny", czy może nawet „nowatorski” . Następnie proces produkcji, który wygląda już „normalnie” praca z artystami, studio i roczny okres postprodukcyjny.

Jak zrodził się pomysł na nazwę? Możemy tę płytę uznawać za pierwszą z siedmiu, jaka w tym gatunku powstała?

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już dziś, oglądaj relację z Gali wręczenia nagród na rp.pl

Dowiedz się więcej

Nic z tych rzeczy. Coraz bardziej rozumiem, teraz z perspektywy czasu, że jest to płyta o śmierci mojej matki Doroty Grynczel -- wybitnej malarki. O etapach tego bolesnego procesu wybitnej malarki. O etapach tego bolesnego procesu które, nas wspólnie które, nas wspólnie - mnie i ją dotknęły. Ta płyta to forma zamknięta. Nie będzie kontynuacji.mnie i ją dotknęły. Ta płyta to forma zamknięta. Nie będzie kontynuacji.

Czytając informację o panu nie raz natknąłem się na zdania typu: „czy pozostanie na marginesie głównego nurtu?”. I chciałbym dopytać, czy takie komentarze w tej chwili pana jeszcze np. irytują, bawią, czy raczej wzbudzają niechęć do recenzentów tak piszących?

Nie mam nic do recenzentów, komentatorów czy dziennikarzy. Niespecjalnie śledzę co piszą o mnie i o mojej twórczości. Wszystkie portale społecznościowe są „w rękach” mojego menadżera Mateusza. Ja jestem poza. Nie mam też specjalnie czasu na czytanie o sobie, bo zawsze mam na głowie „nowy” projekt oraz pracę pedagogiczną. Czy jestem na marginesie…? Mam nadzieję, że tak!

Słuchając wszystkich siedmiu utworów na płycie odnoszę wrażenie, że tę płytę można śmiało słuchać w aucie w czasie stania w korku…Tworząc ją rzeczywiście miał pan zamysł, by koiła odbiorcę, czy to tylko moje odczucia?

Ciekawe. Słyszę dużo bardzo różnych, często sprzecznych opinii. Dla jednych to muzyka bardzo trudna i wymagająca, dla innych kojąca i uspokajająca. Każdy ma swoją energię i każdy, dla innych kojąca i uspokajająca. Każdy ma swoją energię i każdy też widzi i słyszy otaczający nas świat inaczej…

Widząc z tyłu zdanie, że dedykuje pan tę płytę panu Apoloniuszowi Węgłowskiego, zastanawiam się, czy całość została zadedykowana dla jednej – ważnej w pana życiu – osoby, czy z każdym nowym albumem, chce pan podkreślić rolę poszczególnych ludzi?czy co nowy album, to chce pan podkreślić rolę poszczególnych ludzi?

Pierwszy album zadedykowałem mojej matce, drugi ojcu. Zawsze piszę również podziękowania dla osób, które dzielą ze mną życie, bo każda z nich jest wyjątkowa. Bez ich obecności nie powstałby żaden mój album. To bardzo banalne, ale miłość i przyjaźń to istotne elementy mojego życia mojego życia - staram staram się ich nie zaniedbywać.

„Najłatwiej jest kategoryzować ludzi, jak np. wrzucić kogoś do wora z napisem 'bufon', bo się tak zachowuje według nas, a nie szuka się pewnego rodzaju indywidualizmu w człowieku” – mówił Sebastian Fabijański. Dlaczego tak jest?

Myślę, że jest to miks różnych bardzo negatywnych uczuć: strachu, braku pewności siebie, pochopnego oceniania innych, często też pogardy. Jesteśmy jako naród często bezkrytyczni wobec siebie, nadal trochę zakompleksieni. Gdy spacerujesz po Nowym Jorku, czy Berlinie nikt nie będzie cię oceniał, nawet gdy spacer odbywasz wyglądając jak bezdomny. W Polsce nadal na akademię musisz przyjść w marynarce. Najlepiej jak jesteś trochę brzydki, trochę garbaty i przegrany - wtedy jesteś „swój”. Sebastian ma rację, bo swoim talentem, osiągnięciami i wyglądem, trochę wyłamuje się z tego stereotypu…. Widzę jednocześnie, że to się zmienia. Szczególnie w pokoleniu „millenialsów”. Ich te skazy nie dotyczą. Moi studenci wymagają ode mnie wiedzy i umiejętności. Mogę się założyć, że gdybym przyszedł na wykłady w szlafroku nic by się specjalnie nie stało.

Dlaczego my - jako Polacy- uznajemy kogoś na rynku, czy to muzycznym, literackim, filmowym dopiero wtedy, gdy opowie swoją historię i opowie zazwyczaj o swym mentorze lub sytuacji jaka go zmieniła?

Bo są to ugrane frazesy. Tak się „utarło”, więc tak się robi. Użył pan bardzo trafnego stwierdzenia - „rynek”. Wydaje mi się, że jeśli przed napisaniem utworu ma się w głowie pytania typu: Jak będę odebrany? Jak to sprzedam? Co ludzie powiedzą?; to lepiej sobie darować. Dobra twórczość nie potrzebuje zewnętrznych historii. Utwór sam w sobie powinien ją tworzyć.

Dlaczego lubimy współczuć, a zarazem tak bardzo się nienawidzimy?

To są uczucia, które stawiają nas samych w lepszym świetle, niż innych. Jeśli nie wymagasz od siebie, tylko non stop oczekujesz od otaczającego cię świata, że będzie ci usługiwał, pomagał, ułatwiał, to zawsze będziesz paradoksalnie - jako człowiek - niespełniony i nieszczęśliwy. Życie w zgodzie ze sobą, wymaganie od siebie jest bardzo trudne. Mój zawód na szczęście bardzo tej zgody ze sobą wymaga. To jest podstawa. Jeśli nie potrafisz wsłuchać się, przede wszystkim w siebie, to jak masz się wsłuchać w swoją muzykę?

„Kiedyś muzyka sprzedawała emocje” „Kiedyś muzyka sprzedawała emocje” –– mówi Kuba Wojewódzki. A co daje muzyka w tych czasach dla takiego „typowego zjadacza chleba”?

Postęp technologiczny sprawił, że słuchamy coraz więcej, coraz szybciej się nudzimy i coraz mniej uwagi przywiązujemy do muzyki. Podobnie sprawa ma się z obrazem, który staje się integralną częścią dźwięku. Z drugiej strony rozwija się moda na brzmienie analogowe. Rośnie sprzedaż płyt winylowych, kaset…Typowy zjadacz chleba żyje w bardzo ciekawych czasach.