Zdjęcia Kamil Iwo Krajewski

Na temat tajemniczej chałupy na Oberconiówce w Zakopanem krążyły legendy. Dom miał ponoć powstać na zamówienie prominentnych polityków, kapryśnych biznesmenów czy innych „kasowych ceprów”. Tymczasem, jak określają go gospodarze, to „zwykły swojski dwór góralski”. Prosty jak cep, dumny jak góral, ciepły jak serce zakopianki, autentyczny i trwały jak miłość Podhalanki.

– Kocham góry i kocham was, więc chcę mieć tu dom – sylogizm warszawiaka, z wykształcenia kartografa geodety, z zamiłowania motocyklisty przemierzającego Europę na kilku harleyach-davidsonach, zabrzmiał niczym zaklęcie, oczarowując cały klan. Klan, w którym każdy jest „swój”. Czy to podhalański gawędziarz tytułujący się architektem od mchu i paproci, biznesmen zakochany w drewnie, poeta purysta, „co w góralskich portkach chodzi”, czarująca projektantka wizjonerka, kowal ratownik, który z indiańskiego kasyna w Kanadzie wrócił na ukochany stok Gubałówki, artysta rewolucjonista uzależniony od drewnianej sztuki witrażowej, paru leśników, kilku cieśli, stolarzy i majstrów… Tu każdy każdego jest mistrzem, każdy uczniem drugiego. I nikt się nie dziwi, kiedy kohorta kreatywnych zapaleńców dokonuje w imię kultu drewna kolejnych cudów.

„Przysli chlopy, smreki ścieni, okrzesali, na troć wzieni, siumne płazy urzezali i chalupe wyzdajali” – napisał grający na skrzypcach i dudach podhalańskich Jan Karpiel-Bułecka, renomowany architekt propagujący najczystszy styl zakopiański. Karpiel-Bułecka ma prostą recepturę na domy góralskie, których zaprojektował ponad setkę: klasyczne proporcje, potężne materiały, np. szerokie płazy o grubości 20 centymetrów, i stonowany subtelny dach. Bo dach jest najważniejszy. – Musi być tyle dachu, ile ma być, inaczej dom będzie wyglądał jak chłop bez kapelusza, czyli durnowato – tłumaczy.

Nasz gospodarz dał Janowi Karpielowi-Bułecce wolną rękę przy projektowaniu domu. I tak powstała oaza spokoju z widokiem na bajeczne szczyty od Giewontu po Tatry Wysokie. Zajmuje 300 mkw. Długi i wąski, typowy dla regionu dom amfiladowy odurza zapachem drewna. Na dole – jedna wielka izba, z kuchnią, jadalnią i salonem z kominkiem wyłożonym kamieniem ze zbocza Gubałówki. Na górze cichy korytarz prowadzi do czterech sypialni i trzech łazienek. Wszędzie, prócz kamiennej sutereny – choć i tam obok suchej sauny stoi wielka drewniana bania – króluje drewno. – To stary świerk. Prawdziwy, a nie robiony na stary. Wystarczy spojrzeć na dziury po kornikach. Grzechem byłoby go lakierować. Jest woskowany lub malowany bejcą niekryjącą – tłumaczy gospodarz. Odurzony kompozycjami bali, belek i desek, cepr laik zapytałby może, dlaczego ta świątynia drewna nie trzeszczy. – To dzięki pasom – tłumaczy Jacek, wspólnik gospodarza w tworzeniu mebli ze 120-letniego drewna odzyskanego po rozbiórce XIX-wiecznych chat góralskich. Jak w każdej szanującej się „chalupie”, majstrowie raz już przeciągali tu ciężkie szerokie pasy przez kalenicę i belki, aby je ścieśnić. Po nich przyszła brygada myjaczek, które przez kilka dni pieczołowicie szorowały drewno szarym mydłem i szczotkami ryżowymi. Za dwa lata powrócą. Bo szarotki, rozety, lelujki i inne góralskie motywy dekoracyjne bogato rzeźbione w drewnie maskującym błyski sprzętów AGD muszą się dobrze komponować ze skarbami zdobytymi podczas rozbiórkowych wypadów gospodarza w Bukowinie.A skarbów tu bezmiar: cieszące oko naiwnością obrazy religijne pędzla Rafała Malczewskiego, syna Jacka, XIX-wieczne drzeworyty, oleodruki, ręcznie tkane kilimy, stare kufry, o dziwo zwane tu morskimi, prosto ciosane półki, komody i siedziska, rysunki na szkle... – Dwór ten to nie jakiś skansen czy cepeliowe wnętrze. To autentyk, choć nowy – podkreśla gospodarz. – Jeśli chodzi o pryncypia, to dom do bólu ortodoksyjny – dodaje Jacek. Choć przyznaje, że stary gazda mógłby pogrozić palcem w części kominkowej, przy grzesznej salonowej ścianie. – Bowiem według góralskiej tradycji powinny tu być wrota do owczarni, która wraz z miłowanymi zwierzętami pełniła funkcję grzewczą, częstując przy tym stadnym zapachem – wyjaśnia.

Stojący na barku – wyjątkowo wykonanym z drewna liściastego – wiekowy fonograf nie jest jednak jedynym elementem zakłócającym cieśli spokój. Prócz Marcina, warszawskiego projektanta, który wedle gospodarza „zdolnie wyimaginował wnętrze” z pomocą Marysi, czarodziejki architektki z Krakowa, główne skrzypce grał Staszek, czyli Stanisław Gąsienica-Byrcyn.Ten zakopiański guru metaloplastyki błądzący po Kanadzie, Bostonie i Florydzie, gdzie łowił ryby z sympatycznym ceprem milionerem oczarowanym polską kreską góralską, powrócił do klanu jako goprowski ratownik jeżdżący wedle sztuk narciarstwa historycznego. – Szwagier majster powiedział, że jakiś gość chce chałupę. I że swój. Poznałem go. Owszem, energię i smak to ma. A że zasmakował w chatach z krwi i kości, a nie w tanich landarach, to mu powiedziałem, że „do się” – mówi, kreśląc nowy projekt dla kolejnego „swojaka”.

W klanie wszyscy są zgodni: młot Staszka to w tej drewnianej chacie metalowa wyrocznia. Wszelkie kute elementy – imponująca obudowa kominka ze zwykłej blachy, balustrady, karnisze i niezliczone najdyskretniejsze detale – wykonane zostały zgodnie z życzeniem gospodarza. – Miało być naturalnie, z motywami secesyjnymi? Zażyczył sobie pnączy fasolowych na schodach, to mu je młotem i ogniem wyhodowałem. A i inne gałęzie i rośliny wykułem – śmieje się. Gospodarz natomiast zachowuje stoicki spokój. W Wytwórni Meblowej przy Krupówkach, którą prowadzi z Jackiem, ten kolekcjoner bon vivant gromadzi kolejne skarby. Pierwsze trofea świecą już zresztą w sieni góralskiej. – To nie Tiffany, ino dzieci moje, krew moja – stwierdza dumnie Jerzy Sarkowicz, zwany w klanie świetlistym Jurkiem. Bo jakże inaczej nazwać artystę, który tworzy lampy witrażowe z drewna?

– Pan Bóg podarował mi kiedyś wiązkę światła przebijającą się przez sęk deski i tak się zaczęło – wspomina. Szukając mozolnie drewnianych surowców w asyście leśników początkowo stukających się w czoło, zgromadził fenomenalny korzenno-żywiczny materiał rzeźbiarski do wieloletnich eksperymentów, których owocem są rzadkie w skali światowej, barwą przypominające bursztyn lampy, abażury, kinkiety, żyrandole i drobne witraże o estetycznym efekcie przebijającym największe osiągnięcia opalizującego szkła Tiffany’ego. Receptura i mistrzowskie sztuczki pozostają przed opatentowaniem ściśle chronioną tajemnicą. Świecą jednak w izbach naszego gospodarza ich owoce, na secesyjno-roślinnych nogach spod młota kowala Staszka.

– Ludzie od pokoleń zrośnięci ze sobą stworzyli dla mnie coś niepowtarzalnego dzięki swojej prostocie i rzemiosłu artystycznemu – mówi właściciel dworku.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej