Skomponował jakieś 700 piosenek, nie licząc muzyki do filmu, teatru, telewizji i słuchowisk radiowych. A jednak Jerzy Wasowski nie chciał, by nazywano go kompozytorem. Mawiał: „Czy ktoś, kto kilka razy w życiu dogonił tramwaj, nazywany jest sprinterem?".

Niezwykła to skromność w przypadku twórcy tylu przebojów. I nie na dzisiejsze czasy, gdy niemal obowiązkiem stało się publiczne chwalenie się sukcesami. On należy wszakże do innej epoki, jego muzyka również, co nie oznacza, że dla współczesnego słuchacza straciła urok i wdzięk.

Grzegorz, syn Jerzego Wasowskiego, wybrał sto piosenek ojca z okazji setnej rocznicy jego urodzin. Dodał jeszcze kilka bonusów, a cały zamysł wydawnictwa jest klarowny. Ma przypomnieć, że pan Jerzy nie był wyłącznie jednym z dwóch filarów Kabaretu Starszych Panów. Skomponował kilkadziesiąt innych nie mniej chwytliwych melodii.

Zobacz na Empik.rp.pl

W czteropłytowym zestawie nie zabrakło tak znanych utworów, jak „Wesołe jest życie staruszka", „Addio, pomidory!" czy „Bo we mnie jest seks", ale piosenki Starszych Panów są tu w mniejszości. Mamy natomiast okazję wrócić do przebojów, które w latach 50. i 60. nuciła cała Polska. Można by długo je wymieniać: „Warszawa da się lubić", „Piosenka Stacha Matysiaka", „Złoty pierścionek", „Szczęścia nie szukaj daleko", „Po ten kwiat czerwony"...

Są wreszcie piosenki zapomniane, kiedyś śpiewane przez polskie gwiazdy oraz utwory niepublikowane, powstałe zwłaszcza na przełomie lat 70. i 80., gdy Jerzy Wasowski nie uczestniczył już aktywnie w życiu muzycznym. To pierwszy pełny przegląd jego dorobku.

Jakim był twórcą? Genialnym samoukiem, pianistą z dyplomem inżyniera. Inspirowały go dwa odmienne nurty muzyczne. Pierwszy to walc, a raczej walczyk, nie, nie ten dostojny – wiedeński, lecz lżejszy – paryski. Wiele piosenek, także tych dla Kabaretu Starszych Panów, napisał w rytmie na trzy czwarte. A nurt drugi to amerykański swing z lat 30. i 40., do którego chętnie odwoływał się w piosenkach estradowych.

W obu przypadkach zachował własny styl, którego wartość nie przemija, mimo że estetyka archiwalnych nagrań wydaje się często niedzisiejsza. Kto dziś bowiem angażuje wielkie big-bandy lub rozbudowane sekcje smyczków? Takie reguły narzucały orkiestry radiowe, dyktujące w latach 50. i 60. piosenkarskie trendy. On wolał zespoły kilkuosobowe, w których jedno szarpnięcie strun kontrabasu, jeden akord fortepianowy tworzyły klimat piosenki.

Jerzy Wasowski był bowiem perfekcjonistą, jego partytury to niemal grafiki. „Na bazgranie może sobie pozwolić mistrz" – mawiał, nie przyjmując do wiadomości, że on także nim jest.

Autopromocja
Od 29.10 w "Rzeczpospolitej" i "Parkiecie"

Wszystko o zrównoważonym rozwoju i pozafinansowym raportowaniu spółek

Sprawdź szczegóły

A piosenki, jakie pozostawił po sobie, mają jeszcze jedną cechę: świetne teksty, których niuanse bezbłędnie puentował. I za to tym bardziej „Wasowskiego da się lubić!" w czasach, gdy w piosenkach dominuje u nas poetycka amatorszczyzna.

Jacek Marczyński