Dziś nikt nie ma wątpliwości, że Brytyjczyk, który sprzedał 350 mln albumów, należy do światowej elity muzyki pop. Swoją pozycję utrzymał, nawet gdy w 1976 r. przyznał się do biseksualizmu, co kosztowało go utratę wielu fanów.
Poradził sobie w najtrudniejszych czasach dominacji techno i hip-hopu. Zaczął pisać muzykę do filmów Disneya. Nauczył się wykorzystywać skandale do podnoszenia popularności. Gdy Eminem obrażał go, dlatego że jest gejem – potrafił się pojednać. Zdobył fanów wśród nastolatków.
Jednak cztery dekady temu nie mógł się pochwalić jeszcze szlacheckim tytułem, a będąc niepowtarzalnym artystą w brytyjskiej skali, wciąż aspirował do miana światowej gwiazdy. Czas na dokonanie przełomu wybrał sobie trudny. Do skoku na pierwsze miejsce szykowali się Pink Floyd z „The Dark Side Of The Moon". David Bowie pysznił się albumem o Ziggy Stardust. Królowali artpopowy Roxy Music i glamowy Marc Bolan.
– Był to jednak czas, gdy cały zespół czuł wielką siłę – powiedział Elton John w wywiadzie dla „Clash Magazine".
Sukcesu nie odniósłby bez tekściarza Berniego Taupina.
– Wszystko w moich piosenkach – tempo, brzmienie – było zdeterminowane przez to, co napisał Bernie – wspomina wokalista. – Działy się rzeczy magiczne, wspaniałe, a zabawa połączona z pięknem przynosiła niespodziankę.
Duet zawiązał się, gdy Bernie odpowiedział na ogłoszenie w „New Musical Express" zamieszczone przez firmę Liberty Records, która szukała nowych talentów. Jej szef wysłał teksty Taupina do zaprzyjaźnionego pianisty Rega Dwighta. Pod takim imieniem i nazwiskiem przyszedł na świat Elton John.
– Naszym atutem było, że poruszaliśmy się swobodnie po wszystkich muzycznych gatunkach – wspomina Bernie. Moment przełomowy nastąpił podczas pracy nad albumem „Goodbye Yellow Brick Road". Powstaniu nowej płyty miała towarzyszyć zmiana tradycyjnego miejsca nagrań.
Poprzednie albumy Elton nagrał w zamku nieopodal Paryża. Postanowił pójść tropem The Rolling Stones, którzy zarejestrowali „Goats Head Soup" na Jamajce.
– Czas na zmianę! czas na Jamajkę!, krzyknąłem – wspomina Elton John. – I pojechaliśmy tam, gdzie nagrywa się i pracuje łatwo i przyjemnie.
– Tak zaczęła się totalna katastrofa – kwituje Taupin.
Atmosfera miała być idylliczna, tymczasem studio było otoczone drutami kolczastymi, pod ochroną strażników, nastawienie zaś obsługi ostentacyjnie wrogie. Nie dało się nagrywać. Brakowało stołu mikserskiego i mikrofonów.
– Usłyszeliśmy: spokojnie, mikrofony będą jutro. Tylko że jutro nigdy nie nadchodziło – wspomina Elton John.
Nie bez znaczenia były warunki w hotelu.
– Hotel! To zbyt dumnie brzmi! – mówi muzyk. – Spałem w tym samym łóżku, w którym sześć tygodni wcześniej została zgwałcona Astrid, partnerka Billy'ego Wymana, basisty Stonesów.
Remedium na całe zło okazała się jamajska ganja, która rozluźniła muzyków i sprawiła, że zapomnieli o bożym świecie. Album dokończony został jednak pod Paryżem.
– Rano pisałem tekst, schodziłem z nim na śniadanie, a Elton zasiadał w jadalni za fortepianem i pracował nad tym, co ja napisałem – wspomina Taupin.
Wszystko toczyło się w niezobowiązującej, swobodnej atmosferze.
– Kiedy Bernie dawał mi tekst, grałem, a muzycy, którzy też schodzili na śniadanie, brali do rąk instrumenty i dołączali do mnie. Nikogo nie musiałem poganiać, nikt mnie o nic nie pytał. Każdy wiedział, co do niego należy.
Każdego dnia powstawały trzy, cztery piosenki. Podwójny album był gotowy w 16 dni, zgodnie z zasadą Johna Lennona, że nie ma się co napinać, bo płyta jest tylko kartką pocztową z miejsca i czasu, w którym akurat znajduje się muzyk.
Przełomową płytę rozpoczyna bombastyczny „Funeral For A Friend", czyli motyw, który Elton John chciałby usłyszeć... na swoim pogrzebie.
Najsłynniejszą kompozycją jest jednak przejmująca ballada „Candle In The Wind", która po śmierci Lady Diany w 1997 r. została wydana ponownie i dedykowana zmarłej księżnej. Singel rozszedł się wtedy w 35 mln egzemplarzy. Pierwotnie jednak była poświęcona Marilyn Monroe.
– Wielu ludzi myśli, że jestem obsesyjnym fanem Marilyn i właśnie temu dałem wyraz w piosence – mówi Bernie. – Napisałem o tym, jak ludzie lubią budować kult wokół młodych i pięknych, którzy umierają młodo.
Kolejnym przebojem okazała się piosenka „Bennie And The Jets".
– Jej rytmika ma przypominać szarżę dinozaurów atakujących miasto – mówi Elton John. – Gdyby tego utworu posłuchał H.G. Wells, powiedziałby: „Tak spełnia się idea zespołu przyszłości".
Płyta podszyta rhythm and bluesem przysporzyła Eltonowi nowej publiczności, zwłaszcza w Ameryce. Okładka okazała się symboliczna. Elton John opuszczał zdominowany przez cegłę brytyjski świat, wychodząc przez portal na światową scenę.
Album zajął pierwsze miejsce po obu stronach Atlantyku i do dziś jest najchętniej kupowanym tytułem z dorobku artysty. Jubileuszowa edycja, która ukaże się 1 kwietnia, poprawi jeszcze wynik.