Należy pan do pokolenia, które nie mogło oglądać na scenie Iwony Borowickiej i Janusza Żełobowskiego...

Tomasz Tokarczyk: Iwony Borowickiej rzeczywiście nie, ale z panem Januszem Żełobowskim miałem przyjemność wystąpić jakieś dziesięć lat temu podczas pożegnania z naszą starą sceną operetkową przy ulicy Lubicz. To był specjalny spektakl „Księżniczki czardasza", w którym po każdym akcie występowały różne gwiazdy naszego teatru. Był wśród nich oczywiście Janusz Żełobowski.

Na ile legenda tych artystów jest nadal żywa w Krakowie?

Publiczność, ta oczywiście bardziej dojrzała, doskonale pamięta ich występy. Często po spektaklach operetkowych spotykam się z widzami, którzy wspominają tamte lata, dając nam do zrozumienia, że byli to niedościgli artyści.

Pana zdaniem tak rzeczywiście jest?

Żyjemy w innych czasach. Nie mamy gwiazd, na które, jak kiedyś, chadzało się do teatru, dziś szukamy ich w internecie, na YouTubie. Stwierdzenie to nie dotyczy tylko Krakowa, nastała epoka megagwiazd globalnych, promowanych właśnie przez internet czy transmisje z największych teatrów operowych świata.

Na ile więc w czasach niełatwych dla klasycznej operetki Opera Krakowska chce podtrzymywać jej tradycje?

To wciąż dla nas ważny punkt repertuaru. Staramy się, by raz na dwa, trzy sezony pojawił się na afiszu nowy tytuł operetkowy, gdyż widzowie tego oczekują. Na takie spektakle bilety rozchodzą się w Krakowie wręcz błyskawicznie.

A czy pod względem muzycznym łatwiej jest przygotować operetkę czy operę?

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

To zależy, każdy kompozytor stawia inne wymagania solistom. W operetkach Kálmána na przykład bardzo ciężko jest dobrać dobrego amanta, musi być albo tenorem o mocnym głosie, albo barytonem, który dobrze sobie radzi z górnymi dźwiękami. I na dodatek trzeba mieć dobrze postawiony głos, by podołać dialogom, na których operetka jest oparta. Do tego dochodzi warstwa choreograficzna, zatem soliści muszą być także utalentowani tanecznie.

Dzisiaj śpiewacy interesują się operetką?

Muszę powiedzieć, że wielu naprawdę wybitnych artystów operowych chętnie bierze udział w takich przedsięwzięciach. Starają się temu sprostać z różnym niekiedy efektem, ale chyba Opera Krakowska ma szczęście, bo dysponuje śpiewakami, którzy dobrze odnajdują się w obu tych kategoriach. Zmienność jest dla każdego bardzo cenna, bo powszechna jest u nas tendencja do szufladkowania artystów. Widzę to również po sobie. Poza Krakowem często bywam postrzegany wyłącznie jako dyrygent, który związał się z operą.

Pan chyba jednak nie żałuje, że stała się ona artystyczną specjalnością?

Nie, choć chętnie od czasu do czasu dyryguję symfonią lub poematem orkiestrowym. Natomiast rzeczywiście od pierwszych dni pracy jeszcze w Operze na Zamku w Szczecinie teatr stał się moim drugim domem. I nie wyobrażam sobie teraz, bym miał się zająć wyłącznie repertuarem symfonicznym.

A w którym momencie życia pan zetknął się z operetką?

Właśnie w Szczecinie, gdzie ówczesny dyrektor Warcisław Kunc wprowadził cykl gali „Królowie operetki". Jako student znałem tylko absolutnie podstawowe dzieła operetkowe, natomiast tam zacząłem poznawać wiele innych tytułów i kompozytorów. I okazało się, że są to niezwykłe piękne melodie, czasami z zaskakującą harmonią.

A udało się panu zrealizować w Krakowie swoje marzenia muzyczne?

Zdecydowanie tak. Jednym z nich był oczywiście Richard Wagner, którego dzieł nigdy tu nie wystawiano i wydaje mi się, że premiera „Tannhäusera" nie okazała się chybionym pomysłem. Pierwszy raz zetknęliśmy się z tą muzyką i dzięki olbrzymiemu wyzwaniu dla solistów, dla chóru i oczywiście dla orkiestry zrobiliśmy olbrzymi krok do przodu.

Jak się weszło na taki poziom, to co dalej?

Trzeba iść tym samym tropem, choć wybierać różne kierunki. Nie mniej istotne jest na przykład włoskie belcanto, stąd już niebawem pojawi się u nas „Norma", wyjątkowy sprawdzian dla solistów. Ogromną przyjemność sprawiły mi też takie tytuły jak „Miłość do trzech pomarańczy" Prokofiewa czy „Ariadna na Naksos" Straussa, bo to są kroki milowe na drodze do dojrzałości artystycznej dla wszystkich.

A stale obecne na scenie, sprawdzone hity operowe, jak „Traviata" czy „Carmen", też mogą dyrygentowi sprawiać przyjemność?

Bez nich teatr nie będzie żył, publiczność kocha tę muzykę, a ona zawsze dostarcza, także mnie, dużo wrażeń i satysfakcji.

Czy koncert „Na dwa głosy" będzie w całości operetkowy?

Niemal wyłącznie tak. Na ten wieczór poświęcony pamięci Iwony Borowickiej i Janusza Żełobowskiego wybraliśmy głównie fragmenty operetek Straussa, Kálmána, Lehára, ale przypomnimy też „Clivię" Dostala z bardzo piękną, melodyjną muzyką, dziś rzadko prezentowaną na scenie, czy pieśń „Wiedeń moich marzeń" Sieczyńskiego. To był repertuar tego legendarnego duetu.

—rozmawiał Jacek Marczyński