Reklama

Andrzej Czeczot, grafik i satyryk nie żyje

Zmarł Andrzej Czeczot, osobowość polskiej satyry, wybitny grafik i autor filmów - pisze Monika Małkowska

Aktualizacja: 10.05.2012 03:05 Publikacja: 10.05.2012 02:36

Nie wiem, w jaki sposób Andrzej Czeczot wpadł na genialny pomysł przerabiania ludowych makatek (białe płótno, haft ręczny) z rymowanymi umoralniającymi sentencjami na... ich własne przeciwieństwo. Bodaj największym powodzeniem cieszyła się czeczotowa wersja dobrej żony, która tym się chlubi, że gotuje, jak mąż lubi – bez kiecki, w samym fartuszku.

Sam autor tym się chlubił, że rysował, jak mało kto lubił. Przynajmniej w kręgach oficjalnych. Bo Czeczot nie schlebiał nikomu. Charakteryzował Polaka-rodaka każdą kreską, każdym kadrem. Demaskatorski jak Gombrowicz, filozoficzno-komiczny jak Mrożek, jasnowidzący jak Lem.

Miał 79 lat, od ponad roku chorował na nowotwór. Absolwent katowickiej filii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (dyplom 1957 r.), zadebiutował w tygodniku „Szpilki" jeszcze jako student, tuż po październikowej odwilży.

Potem okraszał łamy inteligenckich periodyków, wydawał zbiorki prac. Posiadam rarytas: z 1980 r., trzeci z kolei zbiór: „IFO – zidentyfikowane obiekty latające". A także wydany cztery lata temu „Album przedśmiertny". Również cudo – obok rysunków z różnych lat są krótkie wspomnienia artysty o sobie i rodzinie, anegdotki odsłaniające jego wpadki, wzruszenia, zawstydzenia; inspiracje.

Styl Czeczota? Absolutne mistrzostwo. Już w latach 70. stworzył własnego bohatera czy raczej antybohatera. To rodak z kartofla. Grzesznik pospolity karłowaty. Hipokryta całym sercem i duszą. Odmóżdżony, za to cwany. Niechętny nowinom ze świata i jakimkolwiek zmianom (taki rysunek: chłop i baba skądś wracają, triumfalnie unosząc okrwawione grabie. Podpis: „Koniec ufoka"). Polski kartoflany ludek funkcjonuje na wysokoprocentowym napędzie (moja ulubiona scena: typ siedzi przy stole z flaszką. Godzina 15 – pije, 16.30 – to samo, godzina 23 – nadal to samo. I tak dookoła blatu, jak wskazówki zegara. Podpis: „Józef D. w pętli czasu").

Reklama
Reklama

Jego artystyczno-prześmiewczą konkurencję stanowiło trio Andrzejów: Dudziński, Krauze, Mleczko. Żaden nie miał wątpliwości, że Czeczot był najważniejszym z Andrzejów. Guru polskiego rysunku satyrycznego, najostrzejszy i najbardziej dosadny. Uwielbiany przez wszystkich, których mdliła propaganda sukcesu.

Najgłośniejsze wydarzenia z jego życia to... konflikty z prawem. W 1976 r. Czeczot został pozwany do sądu przez aktora Ryszarda Filipskiego, popieranego przez komunistyczną władzę, który w rysunku satyrycznym zamieszczonym w tygodniku „Literatura" dopatrzył się osobistej zniewagi. Odbył się groteskowy proces, w którym jako świadkowie wystąpili Kazimierz Kutz i Jonasz Kofta. Kabaret napisany przez życie. Wyrok: sześć miesięcy w zawieszeniu, pokrycie kosztów procesu i przeprosiny.

A główny „winowajca", czyli rysunek? Taki oto: na stole wódka, pejcz i korona; obok facet ze spluwą; twarz niewidoczna, ukryta pod kapeluszem. I właśnie to była wskazówka. Praca okazała się brzemienna w skutki: rysownikowi odebrano rubrykę w „Literaturze", inwigilowano, szczuto telefonami z pogróżkami. Pięć lat później, zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, wpakowano do pudła.

Rok 1982, Czeczot emigruje do USA. Szczęściarz – współpracuje m.in. z „New York Timesem" i „New Yorkerem". Za oceanem zamiast czarno-białych kompozycji pojawiły się bajecznie kolorowe fantazje na motywach „amerykańskiego snu". Chyba zmęczyła go ta nieznośna lekkość bytu, bo niespełna dwie dekady później wrócił do kraju, zamieszkał w Warszawie. Nastąpiła kolejna twórcza przemiana – połączenie wczesnej czarno-białej fazy z jaskrawą zachodnią paletą.

Ale Czeczot nadal obnażał przywary naszego społeczeństwa; dostrzegał pogoń za sensacjami, seksem, kasą. Przedstawiał te tematy zgodnie ze swym satyrycznym, niezdemoralizowanym sumieniem. Niestety, z poważnych pism tylko „Polityka" okazała się otwarta na jego drapieżność; inne nie miały oferty dla niego. Skoncentrował się więc na filmie animowanym. Pełnometrażowym,  niezwykle pracochłonnym. „Eden" o przygodach Yoozka – polskiego Kandyda, zarazem Odysa, pochłonął pięć lat i przyniósł autorowi nagrodę na festiwalu w Gdyni. Do tej konwencji odniósł się Piotr Bikont, realizując dokument „Z Czeczotem przez niebo i piekło".

Skoro o tym mowa – Czeczot miał własną wizję raju: to miejsce, gdzie nie obowiązuje zakaz palenia, choćby pod rajską jabłonką. Oby mu się spełniło.

Reklama
Reklama

Opinie:

Henryk Sawka, rysownik, satyryk

Miał nietypową kreskę. Z pozoru toporną, a tak naprawdę niesłychanie wyrafinowaną. Jego rysunki nigdy nie były przegadane, bo Andrzej miał znakomite wyczucie słowa.

A jego okładki zrewolucjonizowały „New Yorkera" i zachwyciły Amerykanów. Świadczyły też o świetnym wyczuciu kolorów. Czeczot był jednym z trzech wielkich Andrzejów (obok Mleczki i Dudzińskiego), którzy dla mnie, młodego chłopaka, stali się absolutnymi mistrzami i mieli kolosalny wpływ na moją twórczość. Niebanalność Czeczota polegała także na tym, że wielokrotnie „szedł po bandzie". Nie uznawał tabu. Przyjaźnił się z Maćkiem Rybińskim, a z drugiej strony rysował w „Nie".

Franciszek Maśluszczak, malarz, grafik

Był jednym z tych artystów, dla których warto było się uśmiechać, człowiek biesiady, cudowny gawędziarz. Jego rysunki dawały dużo radości, ale i zachęcały do refleksji. Czeczot potrafił zawrzeć w swych pracach polską odrębność, prowincjonalność. To, co różniło i różni nas od innych krajów i narodów. Tę narodową przaśność kreślił zawsze z humorem. Lubił nawiązywać do polskiej kultury ludowej. Pamiętam jego serię makatek powstałą za oceanem. Znajdowały się tam wielkie kobiety, latały bociany. Jeden z napisów głosił: „Jak mąż żony nie bije, to jej wątroba gnije".     —j.b.s.

Kultura
Słowacki Trenczyn Europejską Stolicą Kultury 2026
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama