Takich anonsów w sieci jest coraz więcej. Policjanci przypominają, że to złamanie prawa, za co grozi do roku więzienia.

Lubuscy mundurowi, sprawdzając legalność zamieszczanych ofert kupna i sprzedaży, na jednej ze stron internetowych natknęli się na niecodzienną ofertę. Ktoś zamieścił ofertę sprzedaży... nerki.

Handel ludzkimi narządami zgodnie z przepisami ustawy transplantacyjnej w Polsce jest zabroniony. Funkcjonariusze szybko ustalili dane i miejsce zamieszkania osoby nadawcy ogłoszenia.

Był to 23-letni mieszkaniec powiatu gorzowskiego. Młody mężczyzna został zatrzymany i przyznał się do stawianych mu zarzutów.

Policjantom tłumaczył, że zamieścił w internecie ofertę sprzedaży nerki, bo... chciał zobaczyć reakcję internautów. Teraz grozi mu do roku więzienia.

Podobnych ofert sprzedaży organów do przeszczepów jest w sieci więcej. W czerwcu policja zatrzymała 24-latkę, które oferowała na sprzedaż swoje narządy w internecie.

- Ta sama kobieta kilka tygodni wcześniej sprzedała swoje komórki macierzyste. Tym razem umieściła ogłoszenie o sprzedaży nerki. Po zatrzymaniu przyznała się do tego i zeznała, że zdobyte w ten sposób pieniądze chciała przeznaczyć na zakup mieszkania – opowiadał podinspektor Mariusz Ciarka, rzecznik małopolskiej policji.

Policja prowadzi rocznie od kilku do kilkunastu spraw przeciwko osobom, które zamieściły w sieci podobny anons. Ogłaszający najczęściej chcą sprzedać nerkę, rzadziej szpik lub fragment wątroby.

Funkcjonariusze przypominają, że takie osoby narażają się też na odpowiedzialność karną. - Nawet zamieszczanie ogłoszeń o sprzedaży, np. nerki narusza ustawę transplantacyjną – tłumaczy jeden z policjantów.

Najczęściej osoby, które chcą sprzedać jakiś organ tłumaczą, że to był żart, inni że to był pomysł na poprawę ich sytuacji materialnej.

Takie ogłoszenia mogą też wykorzystywać przestępcy. - Gangi mogą wykorzystać osoby oferujące w sieci sprzedaż organów. Mogą się narazić na to, że jakieś grupy przestępcze spoza Polski będą próbować po nie sięgać. Warto przed tym ostrzegać – tłumaczył w „Rzeczpospolitej" prof. Roman Danielewicz, dyrektor Poltransplantu.