Zamierzamy utrzymywać ścisłe kontakty w przyszłości – zapewniali w czwartek po rozmowach szefowie dyplomacji Polski i Niemiec. Na konferencji prasowej mowa była o zbliżającej się 25. rocznicy podpisania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie oraz wyzwaniach, z jakimi boryka się Europa.
To nie te kwestie jednak skłoniły ministra Franka-Waltera Steinmeiera do odwiedzenia w czwartek Warszawy. W czasie rozmów z premier Beatą Szydło, z Grzegorzem Schetyną, kard. Kazimierzem Nyczem oraz na spotkaniu z uczniami i grupą polskich ekspertów i publicystów gość z Berlina pragnął wyrobić własną opinię o tym, jak wygląda sytuacja w Polsce. Zadawał więcej pytań, niż udzielał odpowiedzi, zwłaszcza na wieczornym spotkaniu w gronie ekspertów.
W ocenie obserwatorów jego pobyt w Warszawie właśnie teraz przyczynił się do pewnego zmniejszenia napięcia w stosunkach polsko-niemieckich.
– Trudno się spodziewać, że jedna wizyta zniweluje pokłady niepewności i nieufności we wzajemnych relacjach – mówi Kai-Olaf Lang z rządowego think tanku Wissenschaft und Politik. Jego zdaniem Berlin nie ma pewności co do dalszego kursu rządu w Polsce, który z kolei nie kryje nieufności wobec Niemiec. W dodatku obie strony obwiniają się wzajemnie o brak solidarności. Niemcy czynią to w związku z kryzysem wywołanym napływem rzeszy uchodźców, a Polska zwraca uwagę na plany budowy drugiej nitki gazociągu Nord Stream II oraz sprawę stałych baz NATO w Polsce. Minister Steinmeier w obu tych sprawach nie miał nic nowego do powiedzenia. Przypomniał, że gazociąg to projekt koncernów z kilku krajów i jego „ramy prawne" są obecnie weryfikowane przez UE.
Odpowiadając na apel ministra Witolda Waszczykowskiego o wyrównanie poziomu bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO do istniejącego na innych odcinkach, szef niemieckiego MSZ wyjaśnił, że na szczycie sojuszu w Walii zapadła decyzja o szpicy NATO, którą Niemcy wspierają. Tak brzmi oficjalna formuła dyplomatyczna. W Berlinie podkreśla się niezmiennie, że wszelkie decyzje na temat ewentualnych stałych baz NATO w Polsce musiałyby zapaść w Waszyngtonie.
Wizyty ministra Steinmeiera w Warszawie nie planowano w obecnym terminie. – Wszystko zmieniło się po zaproszeniu ambasadora Niemiec „na kawę" do polskiego MSZ – tłumaczy nasz rozmówca z kręgów dyplomatycznych w Berlinie. Niemcy doszli do wniosku, że konieczne jest podjęcie działań zmniejszających napięcie na linii Warszawa – Berlin.
Stąd decyzja o wizycie w Warszawie w nadziei na ocieplenie atmosfery w relacjach wzajemnych, dopóki nie będzie za późno. W oficjalnym grafiku zajęć ministra Steinmeiera na stronie internetowej niemieckiego MSZ informacja o niej pojawiła się dopiero w czwartek.
Szczególne zaniepokojenie w stolicy Niemiec wywołały polskie reakcje na wypowiedzi Martina Schulza sugerującego, że Polska zmierza w stronę Putina, czy komisarza Guenthera Oettingera zgłaszającego zastrzeżenia do reformy mediów publicznych. – Sięganie do czasów II wojny przez niektórych polskich polityków w kontekście obecnych wydarzeń jest traktowane w Berlinie jak wieści z innej planety – twierdzi nasz niemiecki rozmówca.
– Nie możemy dopuścić do powtórki z wzajemnych relacji z lat 2005–2007, kiedy napięcie sięgało zenitu – mówi „Rz"Axel Schaefer, wiceprzewodniczący frakcji SPD w Bundestagu.
Zdaniem Janusza Reitera, byłego ambasadora RP w Niemczech, obie strony zdają sobie sprawę, że brak współpracy polsko-niemieckiej zmienia układ sił w Europie. Dlatego niemiecki rząd konsekwentnie unika krytycznych ocen wydarzeń w Warszawie. Z kolei polski rząd stara się mówić do Niemiec i Niemców językiem pojednawczym. To dobrze rokuje mimo pewnych nieporozumień.