Rzeczpospolita: IPN ujawnił wczoraj wykaz kolejnych dokumentów wyłączonych z tzw. zbioru zastrzeżonego. Pojawiła się wola polityczna i okazało się, że bez problemu te materiały można odtajnić. Zatem w czym przez lata tkwił problem?

Prof. Antoni Dudek: Stopniowe otwieranie komunistycznych archiwów od początku było nie na rękę służbom specjalnym III RP. Gdy powstawał IPN i służby zostały przymuszone do przekazania zasobów archiwalnych do Instytutu, zagwarantowały sobie coś w rodzaju polisy ubezpieczeniowej, którą nazwano wyodrębnionym tajnym zbiorem. Trafiały tam dokumenty, których ujawnienie miało zagrażać bezpieczeństwu państwa. W szczytowym okresie ten zbiór liczył nawet 1800 metrów! Ale nie jest tak, że dziś absolutnie wszystko zostanie odtajnione. Pozostanie pewna grupa dokumentów, którym służby specjalne przedłużą klauzulę tajności. Oczywiście nadal chronione powinny być np. dokumenty dotyczące infrastruktury, która powstała za komunizmu i z której służby wciąż korzystają, czy materiały o zagranicznej agenturze, czyli obywatelach obcych państw, którzy zostali pozyskani do współpracy przez służby PRL, a później kontynuowali pracę po 1989 roku już dla wywiadu III RP. Dekonspirowanie tych osób byłoby bardzo nieodpowiedzialne.

Czy można zatem powiedzieć, że w zdecydowanej większości odtajnienie tych materiałów nie zagraża bezpieczeństwu państwa, jak przez lata straszono?

Oczywiście, że tak. Widziałem naprawdę sporo dokumentów wyciąganych na przestrzeni lat ze zbioru wyodrębnionego i mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że nie było tam ani jednego dokumentu, którego ujawnienie w 2000 roku – gdy zbiór ten był budowany – zagrażałoby bezpieczeństwu państwa. To była nadgorliwość służb specjalnych, które z sobie jedynie znanych powodów nie chciały, by różne dokumenty zostały ujawnione.

Nie najlepiej to chyba świadczy o kontroli, jaką powinniśmy sprawować nad służbami...

To jeden z największych problemów współczesnych państw demokratycznych, które są w zasadzie niezdolne do skutecznego kontrolowania służb specjalnych. Choć akurat w tym konkretnym przypadku pierwszy prezes IPN Leon Kieres miał możliwość zablokowania poczynań służb, bo prawo mu na to zezwalało. Niestety, nic z tym nie zrobił. Jego następcom było trudniej, bo zasada była taka, że gdy dokument już trafił do zbioru zastrzeżonego, to opuścić go mógł jedynie na wniosek samych służb. Bardzo się cieszę, że ten zbiór zostanie teraz zlikwidowany.

Niektórzy twierdzą, że grozi nam dziś polityczne trzęsienie ziemi.

Nie spodziewałbym się tego. Raczej zawartość tego zbioru rozczaruje opinię publiczną. Jest grupa ludzi, którzy nadal wierzą, że rzeczy naprawdę istotne były kiedykolwiek spisywane na papierze. W zbiorze wyodrębnionym być może odkryjemy jakieś poszlaki dotyczące różnych wydarzeń czy osób. Natomiast z pewnością nie znajdziemy tam żadnych twardych dowodów potwierdzających takie czy inne wersje wydarzeń z przeszłości. Choć nie wykluczam, że może pojawić się tam kilka nazwisk, które rzeczywiście niektórych mogą zaskoczyć.

—rozmawiał Michał Płociński