Jarosław Kaczyński pomstował ostatnio na szaleńczą politykę klimatyczną UE. W tym samym czasie po cichutku i bez rozgłosu weszła w życie nowelizacja ustawy o elektromobilności, która idzie dokładnie po linii unijnych ekoszaleństw i otwiera drogę lewicowym samorządom do uziemienia zmotoryzowanych mieszkańców.

O nowelizacji nie wie niemal nikt – poza aktywistami, którzy już zacierają łapki. Honor trzeba tu oddać Pawłowi Rygasowi, dziennikarzowi motoryzacyjnemu, który niestrudzenie tropi takie działania i stara się je nagłaśniać. To on zwrócił uwagę na obecny kształt ustawy.

Obecnie w jej art. 39 czytamy, że na terenie gminy „[...] można ustanowić strefę czystego transportu obejmującą drogi, których zarządcą jest gmina, do której zakazuje się wjazdu pojazdów samochodowych [...] innych niż: 1) elektryczne; 2) napędzane wodorem; 3) napędzane gazem ziemnym; 4) wyłączone na podstawie uchwały rady gminy, zgodnie z ust. 4. [...] Rada gminy, w uchwale ustanawiającej strefę czystego transportu, może ustanowić dodatkowe wyłączenia podmiotowe i przedmiotowe od zakazu wjazdu do tej strefy, inne niż określone w ust. 2. Rada gminy, w uchwale ustanawiającej strefę czystego transportu, może dopuścić wjazd do strefy, w godzinach 9–17 w okresie nie dłuższym niż 3 lata od dnia ustanowienia strefy, pojazdów innych niż określone w ust. 1 i 2 oraz korzystających z wyłączeń na podstawie ust. 4, pod warunkiem uiszczenia opłaty".

Czytaj więcej

Federacja czy suwerenność? Dokąd zmierza Unia Europejska

Co z tego wynika? Po pierwsze, że nie ma już żadnego ograniczenia wielkości gminy, w jakiej strefę można ustanowić. Może to być nawet wieś z setką mieszkańców. Po drugie, że otwarto samorządom drogę do wprowadzenia opłat za wjazd samochodów spalinowych do strefy. A proszę mi pokazać samorząd, który nie spróbuje tego wykorzystać wobec drastycznych podwyżek cen energii i wydrenowania z dochodów z powodu wejścia w życie Polskiego Ładu. Po trzecie, że nawet ten wjazd za opłatą ma się odbywać tylko w określonych godzinach.

Ustawa nie mówi teraz nic o wyłączeniu z jej zakresu mieszkańców. Jeśli zatem ktoś mieszka na terenie takiej strefy i ma samochód inny niż wodorowy czy elektryczny (ha ha!), może się wkrótce znaleźć w sytuacji, kiedy auto stanie się bezużyteczne. Chyba że będzie parkowane poza granicą strefy.

Rządzący oczywiście umyją ręce i powiedzą, że przecież to nie oni, ale rady gmin będą decydować o ustanowieniu stref czystego transportu. To robienie ludzi w bambuko, bo ci sami politycy zarazem pomstują na pomysły lewicowych włodarzy, takich jak Rafał Trzaskowski czy Jacek Jaśkowiak, również te dotyczące organizacji ruchu w mieście. A zarazem otwierają im możliwość realizacji najbardziej ekstremalnych pomysłów, wymierzonych w zmotoryzowanych mieszkańców, idąc krok w krok szlakiem unijnej ekologicznej ideologii, którą na tym samym oddechu płomiennie krytykują. Jeśli to nie jest hipokryzja, to nie wiem, co nią jest.

Autor jest publicystą „Do Rzeczy"