Jakie zarzuty autorzy tekstu w "GW" stawiają zwolnionym dziennikarzom? Otóż przede wszystkim Ziemkiewicz i Sakiewicz nie kryją niechęci do "Gazety Wyborczej". Dodatkowo: dowodem braku obiektywizmu redaktora "Gazety Polskiej" jest fakt, że nie chciał u niego wystąpić Aleksander Kwaśniewski, zaś felietonisty "Rzeczpospolitej", że wyśmiewał salony i sitwy oraz przeciwników lustracji.

Włosy dęba na głowie stają, kiedy czyta się takie teksty. Nie dlatego, żebym był naiwny i wierzył, że "Wyborczej" chodzi o zrównoważone politycznie media publiczne, o pluralizm i obiektywizm. Nie, tak naiwny nie jestem. Ale do tej pory wydawało mi się, iż w obecnych czasach wypada choć udawać, że chodzi o coś więcej, a nie tylko o przychylność do własnej gazety i jej monopol ideologiczny.

Kublik i Czuchnowski nie udają. Są bezwstydnie szczerzy. W końcu ich celem jest, aby Polskie Radio znów zaczęło mówić "po Czersku".

Szczerze mówiąc po przeczytaniu tego tekstu odrzuciło mnie od "Wyborczej". Nie dopełnię dziś obowiązku uważnego przeglądu "GW". Nie dowiem się, dlaczego Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla gazety uważa, że nie lubi go "Rzeczpospolita", nie zastanowię się też czy Witold Gadomski szczerze wierzy, że euro jest dobre dla Polski, czy też może - o co można go podejrzewać, bo przecież każdego można - chodzi mu tylko o destabilizowanie gospodarki.

XXX Odrzucam więc dziś "Wyborczą" ze wstrętem i rzucam się w objęcia "Dziennika". W "Europie", jak zwykle. Kiszenie się we własnym sosie - debatę Krasowskiego z Michalskim, Matyją i Rokitą miałem ochotę przekartkować i przejść dalej (nuda i przewidywalność), ale wczytałem się w wypowiedź Rokity i mnie wciągnęło.

Warto zobaczyć, jak niedoszły premier z Krakowa rozkłada na łopatki swoich kolegów z "Dziennika". Jak Robert Krasowski wije się przestawiając swoje tyle anachroniczne co pokrętne pseudointelektualne koncepty, a Jan Rokita obala je małym palcem wiedzy i zdrowego rozsądku (RK: Hobbes nie posługiwał się podziałem na lewicę i prawicę. J.R: proszę pana, Hobbes żył przed rewolucją i znał inne diady, na przykład wigowie-torysi).

Całość miała Krasowskiemu posłużyć do udowodnienia tezy, że podział na lewicę i prawicę "jest równie racjonalny jak polityczny podział na owłosionych i łysych". Na szczęście jeszcze tym razem się nie udało. Intelekt zwyciężył nad hucpą. I nawet sam Krasowski - komentujący tę debatę na pierwszej strony "Europy" - nie zaczaruje rzeczywistości. Choć swoją drogą to ciekawa metoda publicystyczna - wziąć udział w redakcyjnej debacie, a potem samemu ją skomentować, aby moje było na wierzchu.

XXX

W głównej części "Dziennika" nic nowego. Same odgrzewane kotlety. Ciekawa może tylko próba wejścia gazety Krasowskiego w buty "Gazety Wyborczej". Na czwartej stronie "Dziennik" płonie z oburzenia, że TVP wysłała "aż trzy kamery na konferencję Ganleya" i przeprowadziła z niej transmisję. Niedawno "Gazeta" zarzucała Krzysztofowi Skowrońskiemu, że pojechał na wywiad do Jarosława Kaczyńskiego, zamiast czekać na niego w radiowym studiu.

To historia z tej samej bajki. Z przykrością muszę wystąpić w obronie panów Farfała i Rudomino. Jeśli wysyłają trzy kamery na konferencję największego skandalisty Europy, człowieka, który powstrzymał Traktat Lizboński, a teraz buduje paneuropejską partię antyeuropejską - to mają pełną rację. Nawet jeśli pismo redaktora Krasowskiego jest z tego powodu oburzone.

Reasumując: teza "Dziennika" to efekt hiperpoprawności politycznej, której celem jest wykluczenie z przestrzeni publicznej nielubianych poglądów.

XXX

Z obowiązku spoglądam jeszcze w "Polskę - The Times", tym bardziej, że gazeta likwiduje wiele wydań regionalnych, więc nie każdy będzie miał okazję sprawdzić, czy zmienia się na lepsze. Felieton Tomasza Lisa omawiający orędzie Lecha Kaczyńskiego to kolejny przykład, że ten dziennikarz ("My, Tomasz Lis") już nie mieści się w swojej skórze i coraz bardziej zazdrości głowie państwa. Wywiad z Leszkiem Balcerowiczem pokazuje, że czasy się zmieniają, ale niektórzy (jak pewne zwierzę) nie zmieniają swoich poglądów i trwają w naiwnym liberalizmie początku lat 90.

Profesor zastygł w najlepszych czasach swojego życia. Nie dostrzega, że wszyscy wokół Polski dbają o swoje narodowe interesy. Upiera się, aby niedawne spekulacje walutowe określać jako "kształtowanie się kursu na rynku walutowym" i nie pozwala bankowych spekulantów grających na kursie złotego nazywać "szkodnikami gospodarczymi". Można i tak.