Do wypadku doszło w Skierniewicach. Matka zostawiła chłopców samych w samochodzie. Poszła do szkoły, by odebrać swoją 7-letnią córkę. Gdy wróciła, auto już płonęło.
- Kiedy wróciła zobaczyła zadymiony wewnątrz samochód. Otworzyła auto z pomocą przechodniów i zaalarmowała policją. Wezwano także służby medyczne i straż pożarną - relacjonował Grzegorz Wawryszuk z łódzkiej policji.
[srodtytul]Ciężki stan chłopców[/srodtytul]
Dzieci udało się uratować, ale są w bardzo ciężkim stanie. Najpierw przewieziono je do szpitala w Skierniewicach, a później przetransportowano medycznymi śmigłowcami do placówki w województwie łódzkim.
Dzieci znajdują się pod respiratorami. Mają poparzone ręce, twarze.
- Rokowania są bardzo ciężkie, bo dzieci mają też poparzone drogi oddechowe – powiedział Krzysztof Niedźwiecki, szef skierniewickiego pogotowia.
[srodtytul]W popielniczce znaleziono niedopałki[/srodtytul]
Według strażaków przyczyną zdarzenia nie była awaria samochodu. Strażacy zajrzeli pod przednią maskę auta, wewnątrz nie było śladu ognia.
- Pytaliśmy czy kobieta pali papierosy, potwierdziła, ale dodała, że nie robi tego przy dzieciach ani w samochodzie – dodał strażak.
Według obecnych na miejscu strażaków, w popielniczce samochodowej były niedopałki.