W poświąteczny wtorek mieliśmy do czynienia z najnowszą, choć zapewne nie ostatnią tego odsłoną. Sensacją dnia okazały się „nowe zapisy" rozmów z kokpitu prezydenckiego samolotu, opracowane przez biegłych dla prokuratury wojskowej.

Prokuratura dysponuje już trzema wersjami zapisów – bo wcześniej dostała analizę Instytutu Ekspertyz Sądowych, a także badanie Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji. Wszystkie się między sobą różnią, także co do ważnych kwestii.

Prokuratura dystansuje się od sensacyjnego sosu, w jakim Radio RMF zaprezentowało zapisy – przesądzając obecność gen. Andrzeja Błasika w kokpicie tupolewa i sugerując jego naciski na załogę, a także opisując picie alkoholu w kabinie. Ale prokuratorzy nie podają żadnych konkretów, przez co te „nowe zapisy" zaczynają być traktowane jako najlepsze, najwierniejsze i przesądzające. Tymczasem wciąż nie wiemy, czy te odczyty – bliskie teoriom rosyjskiego MAK – są traktowane przez prokuraturę jako najbardziej wiarygodne. Nie wiemy, kto je sporządził i czy będą weryfikowane.

Owe „nowe zapisy" to tak naprawdę kolejne odczytanie czarnych skrzynek, tyle że z nowych kopii sporządzonych przez biegłych ponad rok temu w Moskwie. Budujące jest to, że udało się odczytać – jak się chwali prokuratura – o 30 proc. więcej słów w porównaniu z odczytami IES i o 40 proc. więcej od CLKP. Jeszcze bardziej krzepiące jest – jak podkreśla prokuratura – zastosowanie przez biegłych „nowatorskiej metody" połączonej z „zaawansowaną analizą", która umożliwiła „najlepszą linearyzację".

Szkoda tylko, że trzeba było na to czekać pięć długich lat, naznaczonych chaotycznymi działaniami prokuratury. Dziś, w przededniu piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej, nowe dowody z Moskwy nikogo już nie przekonają, tylko na nowo rozgrzeją polityczne emocje.