W chełmskich podziemiach pełno jest tuneli i dziur. Większych, mniejszych, odkrytych i nieznanych. Od czasu do czasu archeolodzy wciąż informują, że znaleźli nowy korytarz prowadzący od którejś ze starych kamienic.
Rozciągający się pod Starym Miastem wielopoziomowy labirynt zaczął powstawać w średniowieczu, kiedy mieszczanie postanowili zarabiać na tym, czego mieli pod dostatkiem pod podłogą, czyli na kredzie. Niemal każdy właściciel domu na rynku był właścicielem prywatnej kopalni, która zaczynała się w jego piwnicy.
Przy blasku łuczyw i kaganków ryto coraz dłuższe tunele, wydobywając na wierzch bryły białej skały. Kupców nie brakowało, bo chełmska kreda była i jest bardzo dobrej jakości (97-proc. zawartość węglanu wapnia). Wykorzystywano ją do produkcji farb, pudrów kosmetycznych, lekarstw, stosowano w malarstwie, ceramice i budownictwie. Jak wynika z ksiąg miejskich, w XVII wieku na 100 domów na Starym Mieście, aż 90 posiadało wejście do podziemi. Posiadanie lochu kredowego pod budynkiem znacznie podnosiło wartość transakcji, o czym zaświadczają ówczesne akta kupna-sprzedaży staromiejskich domów.
Z biegiem czasu, gdy nie dało się już wydobywać kredy pod własnymi domami, ich właściciele w pogoni za zyskami drążyli chodniki pod ulicami, placami, rynkiem. Podziemny labirynt rozrastał się. Aż w końcu wydrążone jeden na drugim korytarze zaczęły się walić i zagrażać naziemnej części miasta. Pod ziemią znikały kamienice i całe fragmenty ulic. W drugiej połowie XVIII w. władze miasta zaczęły wydawać pierwsze zakazy pozyskiwania kredy pod ulicami.
– Chełm jest doskonałym przykładem słuszności powiedzenia, że kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada – śmieją się chełmscy regionaliści.