Po zeszłotygodniowym odwrocie z Wuhłedaru ukraińska armia ma problemy ze stabilizacją frontu w Donbasie.
Dowództwo w końcu przyznało się, że Rosjanie wdarli się do kolejnej fortecy – Torecka, gdzie walki toczą się już w centrum miasta. Ukraińcy nie są w stanie podać, jak wygląda tam linia frontu, bo bitwa rozpadła się na setki starć na piętrach i w klatkach schodowych wielopiętrowych domów mieszkalnych.
A Kijów jest o krok od utraty kolejnego miasta.
Żołnierze odmawiają rozpoczęcia ataku, dowódca popełnia samobójstwo
Jednocześnie po wycofaniu się z Wuhłedaru armia nie jest w stanie ustabilizować frontu poza nim. Wprost na północ od miasta walczą doświadczone jednostki, tu Rosjanie nie są w stanie nic zrobić. Ale ukraińskie pozycje obchodzą oni z zachodu, gdzie bronią się prawdopodobnie oddziały obrony terytorialnej, gorzej wyposażone i cały czas cofające się.
Czytaj więcej
Po dwóch latach szturmów rosyjskie wojska wdzierają się do centrum Wuhłedaru. Dla ukraińskiej armii miasto jest symbolem zwycięskich walk z Rosjanami.
To one zresztą omal nie doprowadziły tydzień temu do katastrofy w samym Wuhłedarze, co teraz dopiero wychodzi na jaw. Część żołnierzy skierowana na pomoc obrońcom odmówiła walki i zdezerterowała z frontu. Ich zrozpaczony dowódca zastrzelił się wprost w okopach, pozbawione osłony oddziały cofające się z miasta musiały porzucić część rannych.
Części oddziałów cały czas brakuje ciężkiej broni
Wszystko to źle świadczy o stanie ukraińskiej armii broniącej Donbasu. Analitycy podliczają co prawda, że w ciągu dwóch miesięcy Rosjanie zdobyli tylko 700 km2 w obwodzie donieckim, ale by zapanować nad całym jego terenem, muszą jeszcze podbić 14 razy więcej. Ale jeśli stan obrońców jest tak zły, może dojść do „efektu śnieżnej kuli” i będą oni cofać się coraz szybciej. Oby w sposób zorganizowany.
Jedna z brygad broniących Selidowego (w pobliżu Pokrowska) ma na przykład tylko jedną armatę
Nie wiadomo, jak można poprawić tę sytuację. Na pewno części oddziałów cały czas brakuje ciężkiej broni (artylerii, wozów bojowych, nie mówiąc o czołgach) i to wpływa na morale żołnierzy, prawie bezbronnych wobec rosyjskich ataków. Jedna z brygad broniących Selidowego (w pobliżu Pokrowska) ma na przykład tylko jedną armatę.
Symboliczna pomoc Zachodu dla Ukrainy
A pomoc utknęła gdzieś u sojuszników. Kijów cały czas skarży się, że około połowy obiecanych dostaw nadal nie dojechało i nie widać, by w najbliższym czasie to się stało.
Niewiele tu pomogłoby najbliższe spotkanie Grupy Ramstein (wspierającej Ukrainę), które właśnie odwołano, bo nikt z Zachodu nie wybierał się na nie z zapewnieniem szybkiego dostarczenia broni. Miało jedynie zaświadczyć o nieustającym, politycznym wsparciu Ukrainy, ale takimi oświadczeniami nie da się powstrzymać rosyjskich czołgów.
Czytaj więcej
Napoleon Bonaparte powiedział, że do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy. A dziś Ukraina nie ma ani jednej z nich. Ma za to inne atuty.
Czy Kijów byłby skłonny rozpocząć negocjacje pokojowe?
Możliwe, że świadomość kłopotów na froncie (na razie tylko w jego południowej części, w pobliżu Doniecka) sprawiła, że mniej więcej od miesiąca z Kijowa zaczęły dochodzić sygnały o możliwości rozpoczęcia rozmów z Rosją. Jednocześnie nad Ukrainą (jak również NATO) zawisł cień Donalda Trumpa, który wciąż może wygrać wybory w USA, a jego kontakty z Putinem są coraz bardziej niejasne.
Przedstawiciele Zachodu coraz częściej napierają na Kijów, by zgodził się na ustępstwa terytorialne w zamian za pokój – strasząc widmem Trumpa i przerwaniem wszelkich dostaw pomocy
Nic konkretnego nie wiadomo o jakichkolwiek ukraińskich propozycjach na ewentualne rozmowy. Ale przedstawiciele Zachodu coraz częściej napierają na Kijów, by zgodził się na ustępstwa terytorialne w zamian za pokój – strasząc widmem Trumpa i przerwaniem wszelkich dostaw pomocy. Jednak nic ponadto – brak jest jakichkolwiek propozycji gwarancji bezpieczeństwa dla wykrwawionego kraju. Co oznacza, że ewentualny pokój pozostawiłby osłabioną Ukrainę sam na sam z Putinem.
Oficjalnie i publicznie jednak – również od miesiąca – przedstawiciele ukraińskich władz odrzucają możliwość ustępstw terytorialnych wobec Rosji.
Moskwa chce coraz więcej
Do ewentualnych rozmów potrzebnych jest dwóch rozmówców. Tymczasem Kreml, zorientowawszy się, że zaczyna mieć przewagę (na razie raczej w sferze informacyjnej niż na froncie) zaczął usztywniać swoje stanowisko. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow mniej więcej od połowy września zaczął przypominać wszystkie rosyjskie żądania jeszcze sprzed wybuchu wojny, nie ustępując z żadnego: od statusu języka rosyjskiego na Ukrainie, po ponowne zalegalizowanie rosyjskiej Cerkwi prawosławnej nad Dnieprem.
Czytaj więcej
Symboliczne oczyszczenie stosunków Polski i Ukrainy tuż przed szczytem NATO w Waszyngtonie. Kijów będzie tam musiał robić dobrą minę, nic fundament...
Teraz jeszcze, chyba na skutek coraz częstszych informacji o tym, że Kijów skłonny byłby do ustępstw terytorialnych, Ławrow zaczął domagać się wszystkich terenów Ukrainy, które Kreml wpisał sobie do własnej konstytucji. A więc nie tylko już obecnie okupowanych, ale i wyzwolonej w listopadzie 2022 roku części obwodu chersońskiego i nigdy niepodbitej części obwodu zaporoskiego.
Zachód może złamać opór Kijowa, ale czy sam tego chce?
Ale sytuacja na froncie nie jest jeszcze tak zła, by Ukraińcy zgodzili się na przyjęcie podobnego dyktatu. Teraz pytanie brzmi, jak bardzo Zachód jest zdeterminowany, by zmusić Kijów do zakończenia wojny i narzucić mu takie warunki pokoju.
Przy tym zachodni sojusznicy Ukrainy muszą zdawać sobie sprawę, że wymuszenie poniżających ustępstw po tak zajadłej obronie uczyni z Ukrainy kraj niestabilny, na długo podminowany żądzą zemsty, która może przeradzać się w działania terrorystyczne. A na pewno doprowadzi do wzmocnienia wszelkich ugrupowań radykalnych, wspartych wracającymi z frontu weteranami, rozgoryczonymi „zdradą Zachodu”.