– Obecnie nie ma podstaw do paniki, istnieje natomiast pewne ryzyko (inwazji) – mówi „Rzeczpospolitej" ekspert Wołodymyr Fesenko.

Porównuje przy tym obecną sytuację z wojną w 2014 r., gdy wiosną i latem wielu mieszkańców stolicy wywoziło swoje dzieci z dala od miasta, bojąc się rosyjskiego ataku. – Obecnie nie widać żadnej paniki – dodaje.

Elita polityczna bardziej przejmuje się sprawami wewnętrznymi (na przykład rosnącymi cenami energii) niż rosyjskimi czołgami w pobliżu granicy. Tym bardziej że według ocen ukraińskiego wywiadu Rosjanie skoncentrowali ok. 90 tys. żołnierzy, a do inwazji na pełną skalę potrzeba 250–300 tys.

Czytaj więcej

Rosyjski wywiad: Sytuacja wokół Ukrainy przypomina sytuację przed wojną w Gruzji

– Sądzę, że Kreml nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji, ale niepokoi jednak nie do końca zrozumiały sens tej koncentracji – ostrzega w rozmowie z „Rzeczpospolitą" wojskowy ekspert, pułkownik Konstanty Maszowiec. Rosyjskie wojska zbierają się na północny wschód od Kijowa, w pobliżu Donbasu oraz na Krymie. W ich obozach trwa formowanie tzw. batalionowych grup taktycznych (czyli batalionów piechoty wspartych czołgami i artylerią) – podstawowej rosyjskiej formacji uderzeniowej. W walkach na Ukrainie latem i jesienią 2014 r. brało udział kilkanaście takich „grup". Wywiad informuje, że wszystkie oddziały znajdują się w stanie gotowości bojowej.

– Nie mamy jednoznacznej odpowiedzi, co oznacza zbieranie sił rosyjskiej 1 Armii Pancernej Gwardii przy zbiegu granic Ukrainy, Białorusi i Rosji – mówi Maszowiec. Możliwe, że to sygnał, iż mogłaby ona stamtąd ruszyć najkrótszą drogą na Kijów.

Część rosyjskich obserwatorów sugeruje, że ich armia będzie czekała do przełomu stycznia i lutego, by wtedy uderzyć, korzystając z tego, że zamarzną ogromne bagna na pograniczu ukraińsko-białoruskim (na Polesiu) i ukraińsko-rosyjskim (w dolinie Desny). – Jeśli rosyjska armia potrzebuje aż zimy, by sforsować bagna, to z takimi umiejętnościami niech lepiej nie lezie do nas – śmieje się Maszowiec.

Dla Ukraińców jest jasne, że atak miałby na celu zniszczenie obecnej ich państwowości, a po zdobyciu Kijowa Kreml powołałby wasalny rząd Ukrainy

Jednocześnie przestrzega, że ewentualna wojna „w niczym nie będzie przypominać drugiej wojny światowej, w której fale czołgów rozjeżdżały słupy graniczne". Obecnie jej początkiem może być seria precyzyjnych uderzeń rakietowo-lotniczych na magazyny, komunikację, ale przede wszystkim centra dowodzenia i państwowego zarządzania. A po ich zniszczeniu i pozbawieniu łączności oraz zaopatrzenia zarówno armii, jak i administracji – szybki marsz niewielkich jednostek w celu zajęcia przede wszystkim stolicy. – Pierwszy etap to operacja powietrzna (...), by potem można było wejść (na Ukrainę) i szybko wykonać zadania – opisywał to z kolei w rosyjskiej telewizji były dowódca rosyjskich oddziałów w Syrii, były wiceminister obrony, a obecnie deputowany, generał Andriej Kartapołow. Powoływał się przy tym na swe syryjskie doświadczenia.

Autopromocja
FORUM ESG

Co warto wiedzieć o ESG? Jej znaczenie dla firm i gospodarki.

CZYTAJ WIĘCEJ

– W rezultacie operacji przymuszania do pokoju znika nazistowska władza w Kijowie, a wyzwolony naród wybiera sobie prawdziwie demokratyczne władze – najbardziej znany kremlowski propagandzista Władimir Sołowiow wyjaśniał z kolei cele operacji językiem używanym przez rosyjskie elity polityczne.

Dla Ukraińców jest jasne, że atak miałby na celu zniszczenie obecnej ich państwowości, a po zdobyciu Kijowa Kreml powołałby wasalny rząd Ukrainy. – Rosjanie musieliby bardzo szybko formować jakieś oddziały z kolaborantów, bo by im nie starczyło sił do okupacji całego kraju. A wątpię, by znaleźli tylu chętnych – mówi Maszowiec.

Ale wywiad nie wyklucza, że zamiast ataku w pełnej skali może dojść do serii małych uderzeń, głównie na południu kraju. – Możemy mieć do czynienia z lokalnymi rozruchami prowokowanymi przez rosyjskich separatystów. Rosyjska propaganda cały czas twierdzi, że Putin będzie bronił Rosjan i osoby rosyjskojęzyczne, co oznacza, że należy się liczyć z takimi atakami – opisuje Fesenko.

Czytaj więcej

Inwazja na Ukrainę? Przygotowania na wypadek wojny

Jednocześnie ukraińscy eksperci sądzą, że zima nie jest rosyjskiej armii potrzebna, by zamrozić bagna. Jeśli będzie bardzo ciężka, to doprowadzi do silnych napięć społecznych z powodu wysokich cen energii. Przy spadającej popularności prezydenta Zełenskiego stwarza to realne zagrożenia. – Styczeń to tradycyjny czas politycznych wakacji, gdy nasi politycy wyjeżdżają ze stolicy. A luty to okres największych mrozów – wyjaśnia Fesenko rosyjski kalendarz inwazji.