Po 22 latach rozejmu w sobotę w nocy wybuchły starcia wzdłuż całej linii rozdzielającej wrogie armie w górach Zakaukazia. Skala walk nie jest znana, ale obie strony twierdzą, że użyto ciężkiego sprzętu: czołgów, artylerii i katiusz.
Pomimo nacisku światowych przywódców i ONZ zacięte walki toczyły się również w niedzielę i nic nie wskazywało, by miały się zakończyć. Nie wiadomo jednak, kto atakował na froncie, a kto się bronił. Zarówno Baku, jak i Erywań twierdziły, że to ich wojska przeszły do natarcia, bo zostały zaatakowane.
Kto kogo
Obie stolice mówiły też o setkach zabitych – ale drugiej strony. Armenia przyznała się w końcu do straty 18 żołnierzy, a Azerbejdżan – 12. Baku twierdzi, że jego oddziały zniszczyły dziesięć armeńskich czołgów. Erywań – że Ormianie spalili dwa azerskie czołgi, jeden wóz pancerny i zestrzelili helikopter.
Wszystko to w walce o dwa bliżej nieznane wzgórza i wioskę, które w końcu zostały podobno zdobyte przez Azerów. Na innym odcinku frontu równie nieznane wzgórze mieli zdobyć Ormianie.
W niedzielę jednak Ministerstwo Obrony Azerbejdżanu oświadczyło, że jednostronnie wprowadza zawieszenie broni. „Robimy to, biorąc pod uwagę wezwania (ze strony) struktur międzynarodowych oraz przez wzgląd na pokojową politykę naszego państwa" – zapewnili wojskowi. Ale Ormianie z Górskiego Karabachu twierdzą, że kanonada nie milknie ani na chwilę i walki cały czas trwają.
Jednakże turecka agencja Anadolu informuje, że azerska zapowiedź „jednostronnego zawieszenia broni" miała wyglądać inaczej. W telefonicznej rozmowie z tureckim prezydentem Recepem Erdoganem lider Azerbejdżanu Ilham Alijew miał powiedzieć, że gotów jest do zawieszenia broni, „jeśli Armenia zrobi to pierwsza".
Azerski ambasador w Moskwie Polad Biulbiul-ogły nie wykluczył dalszych działań wojennych. – 22 lata podejmowane są próby rozwiązania tego konfliktu. No ale ile można? Jesteśmy gotowi do pokojowego rozwiązania problemu. Ale jeśli nie będzie rozwiązany pokojowo, to my będziemy go rozwiązywać wojskowo – powiedział.
Zastępcza wojna
Prezydent Turcji był jedynym przywódcą międzynarodowym, który nie wzywał do przerwania walk, ale poparł Azerbejdżan i zapowiedział, że będzie z nim „do zwycięskiego końca".
Turcja jest skonfliktowana z Armenią z powodów historycznych: odrzuca odpowiedzialność za ludobójstwo Ormian w 1915 roku w Imperium Osmańskim. Azerbejdżan zaś jest jednym z kilku państw powstałych po rozpadzie ZSRR, które jest tureckojęzyczne.
Drugi najważniejszy dla Zakaukazia polityk, rosyjski prezydent Władimir Putin, wezwał do zaprzestania walk. W Armenii stacjonuje ponad 5 tysięcy rosyjskich żołnierzy wspartych czołgami i samolotami, nic jednak nie wiadomo, by na wieść o walkach ogłoszono u nich choćby alarm. Ale przedstawiciel prorosyjskiej Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (grupującej część państw postradzieckich pod egidą Moskwy) oskarżył właśnie Azerbejdżan o złamanie zawieszenia broni.
Moskwę z kolei wiąże ścisły sojusz z Armenią i niechęć do Azerbejdżanu, przez który przechodzą jedyne rurociągi na terenie byłego ZSRR niekontrolowane przez Rosję. Ale właśnie dlatego Kreml próbuje odbudować swoje wpływy w Baku, który – z powodu boomu naftowego – wyrósł na regionalną potęgę. Napływ petrodolarów umożliwił Azerbejdżanowi ogromną modernizację armii.
Konflikt bez końca
Niedający się rozwiązać konflikt dotyczy terytorium Górskiego Karabachu, który w czasach ZSRR był zamieszkanym przez Ormian autonomicznym terytorium w Azerbejdżanie. W trakcie rozpadania się Związku Radzieckiego między Ormianami i Azerami wybuchły walki o jego przynależność. Wojna doprowadziła do masowej ucieczki Ormian z Azerbejdżanu i Azerów z Armenii. Walki wygasły po sześciu latach.
Azerbejdżan stracił Karabach oraz około 20 proc. pozostałego terytorium leżącego między Karabachem a Armenią. Sam Górski Karabach formalnie jest niepodległy, faktycznie jest częścią Armenii.
O dziwo, wojna azersko-ormiańska nigdy nie objęła innej enklawy – azerskiego Nachiczewania leżącego na terenie Armenii.
Od 1994 roku istnieje tzw. mińska grupa OBWE, która próbuje rozwiązać konflikt. Ale dopiero przy pośrednictwie prezydenta Władimira Putina w 2008 roku prezydenci Armenii i Azerbejdżanu spotkali się w Moskwie i podpisali deklarację o Górskim Karabachu, zobowiązując się do „szukania rozwiązania konfliktu w oparciu o prawo międzynarodowe".
Jednak już od 2013 roku zaczęło narastać napięcie na linii przerwania ognia. W grudniu 2015 roku wybuchły jednodniowe walki, choć już z użyciem ciężkiej broni. Ale takich starć jak obecnie jeszcze nie było.
Opinia
Aleksiej Podbieriozkin, dyrektor rosyjskiego Centrum Badań Wojskowo- -Politycznych przy MSZ Rosji
Główną przyczyną tego konfliktu jest to, że w pewnym momencie naszej historii doprowadzono do sztucznego upadku Związku Radzieckiego. Nie wywołały go przecież jakieś problemy gospodarcze, kulturowe czy społeczne. W czasach istnienia ZSRR takie konflikty nie mogły mieć miejsca, nawet gdyby komuś bardzo się tego chciało. To samo co w Górskim Karabachu widzieliśmy w Naddniestrzu w Mołdawii, widzimy również na Ukrainie, gdzie część rosyjskojęzycznego społeczeństwa została zagrożona pozbawieniem swojej kultury. Podobne problemy są w północnej części Kazachstanu, widzimy to także na Kaukazie. Wszystko to świadczy o tym, że byłe wspólne państwo zostało sztucznie podzielone granicami narodowościowymi.
Powstrzymać te konflikty czy zapobiec kolejnym już się nie da. Nie zrozumieją tego nigdy ci, którzy myślą, że Związek Radziecki upadł w sposób naturalny.
Sytuacja mogłaby się ustabilizować jedynie wtedy, gdyby doszło do odbudowy wspólnego państwa. Tego chcą wszyscy, zarówno Ormianie, jak i Azerbejdżanie. Niepotrzebna im jest niepodległość państw Azerbejdżanu i Armenii. Tak samo jak to nie jest potrzebne mieszkańcom Naddniestrza, Mołdawianom czy Ukraińcom. Niepodległość potrzebna jest jedynie regionalnym elitom.
W obecnej sytuacji wszystko będzie zależało od zachowania Rosji. Jeżeli Moskwa wesprze w tym konflikcie Erywań, sytuacja szybko się rozwiąże na korzyść Armenii. Nie chcemy jednak psuć naszych dobrych relacji z Azerbejdżanem.
—not. Rusłan Szoszyn