Wysyłanie przez jednego z najważniejszych polityków PiS liderki białoruskiej opozycji do Moskwy, bo nie spodobało mu się to, z kim się ona w Polsce spotyka, to wstrząsający przejaw politycznej arogancji. Zdaniem Ryszarda Terleckiego spotykanie z wiceszefem partii opozycyjnej jest działaniem antyrządowym i antypolskim, a szkoła letnia, którą dla lokalnych liderów chce organizować Trzaskowski, to kuźnia antyrządowych (i zapewne też antypolskich) kadr.

To zaskakujące, jak łatwo jeden z najważniejszych polityków przejął język łukaszenkowsko-putinowskiej propagandy, w myśl której każdy, kto protestuje przeciw ich rządom, jest wrogiem państwa. Zaskakujące też, jak język Terleckiego zbliżony jest do PRL-owskiej nowomowy, jaką w latach 80. oburzano się na to, że zagraniczne delegacje odwiedzające socjalistyczną Polskę spotykały się z tymi, którzy ekipie Jaruzelskiego i Urbana się nie podobali.

To tym bardziej zaskakujące, że Terlecki stał wówczas po stronie demokratycznej opozycji i niejeden raz dał wyraz swej determinacji w walce z komunistyczną dyktaturą. Dał dowód odwagi, działając w KOR, krakowskim SKS czy później w Solidarności. Dziś jednak ten człowiek z ciekawą opozycyjną kartą, tytułem profesora, wicemarszałek Sejmu zachowuje się jak aparatczyk partii, która uznała, że jest właścicielem Polski; która swych przeciwników uważa za zagrożenie dla kraju.

Słowa Terleckiego są jednak jeszcze bardziej oburzające, jeśli zdamy sobie sprawę z międzynarodowego kontekstu, w jakim zostały wypowiedziane. Białorusini prowadzą heroiczną walkę z władzą, która zniewala ich kraj od dwóch i pół dekady. Walczą o to, by ich kraj nie został już na zawsze wchłonięty przez azjatycki żywioł, któremu obce są takie pojęcia, jak wolność i prawa obywatelskie. Racją stanu Rzeczypospolitej jest to, by Białoruś zachowała tak dużo niezależności od Rosji, jak to tylko będzie możliwe – to elementarz polskiej polityki wschodniej jeszcze od czasów Piłsudskiego, którego tak fetuje partia wicemarszałka Terleckiego. O to samo walczy właśnie Swiatłana Cichanouska. I to właśnie jej Ryszard Terlecki mówi, że jeśli chce wziąć udział w spotkaniu z młodzieżą, jakie organizuje fundacja Trzaskowskiego, bo przecież nie jest to nawet impreza firmowana przez PO, powinna przestać liczyć na Polskę, lecz zacząć szukać wsparcia w Moskwie...

Tłumacząc później się ze swej wypowiedzi, Terlecki brnął dalej, oburzając się, że na imprezie Trzaskowskiego występować będzie lider węgierskiej opozycji sprzeciwiającej się rządom Viktora Orbána. No cóż, jeśli Ryszard Terlecki chce obrażać uznawaną przez cały świat za ikonę demokratycznej Białorusi Cichanouską, a zarazem chce być na arenie międzynarodowej adwokatem węgierskiego premiera, który uchodzi również za ikonę – tym razem jednak za ikonę odchodzenia od zasad liberalnej demokracji – to znaczy, że sam wypycha Polskę ze wspólnoty zachodnich demokracji. Właściwie więc sam powinien się wysłać do Moskwy.

W wyjaśnieniach Terleckiego na końcu wpisu na Facebooku znalazło się zagadkowe zdanie: „Oto jak łatwo stracić sympatię większości Polaków". Trudno zgadnąć, kogo wicemarszałek ma na myśli. On swoją arogancją sympatię Polaków stracił już dawno, dziś ciężko pracuje nad tym, by sympatię utraciła również jego partia. Ale sympatia to akurat sprawa najmniej ważna. Swoimi słowami, sprzecznymi z elementarnymi interesami naszego kraju, Terlecki udowodnił, że powinien natychmiast stracić stanowisko. Jeśli PiS utrzyma go na fotelu wicemarszałka, potwierdzi tym samym, że interes partyjny ceni sobie wyżej niż rację stanu. Niestety, nie po raz pierwszy.