Nowy polski eurodeputowany był z siebie bardzo dumny. Spotkał w pociągu siedemdziesięciokilkuleteniego Adama Michnika, włączył komórkę i wykrzyczał mu w twarz: „Pan pozdrowi brata!”. Gdy redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” milczał zakłopotany tą żenującą sytuacją, Tarczyński się zaperzał: „Zabrakło panu języka tym razem? Do posła się pan boi odezwać? Pozdrowienia pan przekaże do brata, a jak nie, to ja przekażę”.

Polityk PiS nie posiadał się z dumy. Pewnie w swoim oglądzie nie zaczepił starszego mężczyzny w pociągu, lecz pognębił komunę. Nie pyskował do człowieka, który z powodu swej walki z komuną spędził w więzieniu wiele lat, lecz pokonał smoka, zbeształ symbolicznie brata stalinowskiego zbrodniarza. „Uwielbiam poniżać zdrajców Polski. Publicznie” – pysznił się na Twitterze.

Nie wiem, czy poseł Tarczyński rozumie, że Adam Michnik nie jest swoim bratem. Wiem za to, że ich losy potoczyły się zupełnie inaczej. Stefan Michnik, starszy niemal o dwie dekady od swego przyrodniego brata Adama, był sędzią oskarżanym o stalinowskie zbrodnie. W 1969 roku na fali antysemickich nastrojów wyjechał do Szwecji, gdzie mieszka do dziś. Zapisał się w polskiej historii jak najgorzej. Jego młodszy brat zaczynał również jako wierny komunista, który jednak szybko utracił wiarę w ten system i z pozycji lewicowych walczył z nim aż do jego upadku.

Po 1989 roku Adam Michnik stał się osobą o niezwykle wielkim wpływie na rzeczywistość – jako szef „Wyborczej”. To on jest rzeczywistym antagonistą Jarosława Kaczyńskiego w głębokim ideologicznym podziale w Polsce. Wiele mnie z Michnikiem różni, uważam, że w ogromie spraw się mylił, że w innych popełnił błędy, które zaszkodziły Polsce, ale nie odmienia tego mojego przekonania o jego historycznej roli, ani tego w ilu sprawach miał rację. Ale przede wszystkim nigdy nie przyszłoby mi do głowy gonić Michnika po pociągu. Jarosława Kaczyńskiego zresztą też nie.

Miejsce na debatę z postaciami historycznymi jest gdzie indziej. Ale być może nie wie o tym poseł Tarczyński, który zasłynął już kilkoma niekulturalnymi zachowaniami. Niemniej naprawdę trudno stwierdzić, że to wypadek przy pracy, albo zachowanie, które rzuca cień na Prawo i Sprawiedliwość. Dominik Tarczyński jest po prostu produktem pisowskiej ideologii, wychowankiem stworzonej przez Kaczyńskiego polityki historycznej.

Jednym z jej głównych elementów jest instrumentalny antykomunizm, który dziś staje się wyłącznie narzędziem politycznej walki. Było to dobrze widać, choćby obserwując obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Choć od kilku lat „Wyklęci” stali się elementem państwowej ideologii, wiele osób na prawicy wciąż jest przekonanych, że upamiętniając ich, wciąż walczą z komuną. Choć ta upadła trzydzieści lat temu, antykomunizm staje się narzędziem do mobilizowania zwolenników, do utrzymywania atmosfery nieustannej walki, zagrożenia, itp.

Oczywiście w sprawie np. poszukiwań żołnierzy niepodległościowego podziemia zrobiono wciąż za mało, oczywiście wciąż wszystkie zbrodnie komunistyczne nie zostały osądzone. Problem w tym, że antykomunizm partii, która rządzi od pięciu lat, jest skutecznym narzędziem odciągania uwagi od tego, co tu i teraz – od odpowiedzialności za państwo, odpowiedzialności za przyszłość.
Europoseł Tarczyński może pisać interpelacje w sprawie historii, może wygłaszać przemówienia. Ale zaczepianie w pociągu Adama Michnika to akt tchórzostwa, a nie odwagi. Szczególnie że jak pisaliśmy w środę w „Rzeczpospolitej” na wojskowych Powązkach niedawno odbył się pogrzeb prokuratora generalnego z okresu stanu wojennego, kilka tygodni później spoczął tam PRL-owski wiceminister obrony narodowej odpowiedzialny za propagandę. Ale łatwiej jest gonić nielubianego przez siebie Michnika po pociągu i podstawiać mu pod nos smartfona, niż zająć się merytoryczną pracą europosła.