Mnie on bynajmniej nie zdziwił. Kalisz to warszawski hedonista ceniący dobre obiadki w stylu nouvelle cuisine i niemogący się obyć bez wypasionego jaguara. A Miller to człowiek, który objechał w ciągu ostatnich 20 lat każdy komitet postkomunistów – od Świnoujścia po Ustrzyki. To ktoś, kto ma cierpliwość siedzieć godzinami z lokalnymi szefami SLD i słuchać ich dywagacji przy kaszance i siwusze. Kogo zatem ma kochać SLD-owska brać?
Ach, ten zachwyt salonu nad młodzieńczą rewolucyjną przebojowością „oburzonych".