Z punktu widzenia wyborczej taktyki rzucanie przez prezydenta oskarżeń, których ostrze skierowane jest w stronę złowrogich elit, można zrozumieć. Andrzej Duda kreuje się w tej kampanii na prezydenta-trybuna ludowego. Mimo pięciu lat u sterów władzy wciąż jest (a przynajmniej tak się przedstawia) elementem antyestablishmentu, który należy do grupy „my”, a nie „oni”. Choć mieszka w Pałacu, jest Robin Hoodem, a nie szeryfem z Nottingham – zabiera bogatym, po czym rozdaje 500plus i piórnikowe biednym. Przywraca swoim udręczonym przez lata rodakom dumę narodową. Kiedy już napełni ich kieszenie złotówkami, potem przekopie jeszcze Mierzeję Wiślaną, zbuduje CPK – i Niemcom oraz Rosjanom pójdzie w pięty. A jeszcze wbije szpilę telewizji z obcym kapitałem. - Ja dbam o polskie sprawy, bo serce mam polskie – mówi. A raczej, mówiąc precyzyjnie, krzyczy.

Tym samym prezydent mobilizuje swoją bazę – Polskę powiatową, zaniedbaną przez rząd PO-PSL, która miała prawo czuć się pozostawiona w tyle przez dynamicznie rozwijającą się Polskę wielkich miast. Mówi jej to, co mówił już pięć lat temu – oni was oszukali, oni na was czyhają, oni chcą się żywić waszym kosztem – ale ja was bronię. My im pokażemy. Tu jest Polska. Prezydent wie, że jeśli utrzyma hegemonię na polskiej wsi i w mniejszych ośrodkach miejskich – wygra, więc swoimi okrzykami wykuwa antyelitarny sojusz prezydencko-ludowy. Sojusz, który poniósł go i popierającą go formację polityczną do wyborczych zwycięstw. Sojusz, który ma zapewnić mu reelekcję. Z tej perspektywy jego okrzyki są zrozumiałe.

Jest jednak jeszcze druga strona medalu. Dziś Andrzej Duda jest nie tylko pretendentem do urzędu prezydenta, ale jednocześnie jest urzędującym prezydentem Rzeczpospolitej. Prezydentem, który ma za sobą pięcioletnią kadencję sprawowaną w czasie, gdy jego obóz polityczny dysponuje bezwzględną większością w parlamencie. Walczy o drugą pięcioletnią kadencję, której większość (kolejne wybory parlamentarne odbędą się w 2023 r.) będzie przebiegać przy podobnym układzie sił. Jeśli w takich warunkach nadal fundamentem jego prezydentury ma być zwalczanie złowrogich elit, to znaczy, że albo władza, wbrew kreowaniu się na omnipotentną, jest w gruncie rzeczy dość bezradna, albo – i to jest niestety bardziej prawdopodobne – w całej tej politycznej grze chodzi o to, żeby nieustannie gonić króliczka, ale broń Boże nigdy go nie złapać. Jeśli zaś modus operandi władzy ma stanowić  permanentny konflikt społeczny, to Andrzej Duda może wygrać wybory, ale tak naprawdę wszyscy je przegramy.

Prezydent ma bowiem - jak żaden inny organ władzy – pozycję w systemie politycznym, która predestynuje go do tego, aby łączyć, a nie pogłębiać podziały. Konstytucja mówi, że prezydent jest gwarantem ciągłości władzy państwowej, niejako emanacją państwa. A w państwie tym mieszczą się zarówno ci, którzy 28 czerwca i 12 lipca zagłosują na Andrzeja Dudę, jak i ci, którzy dokonają innego wyboru. I kiedy wyborczy kurz opadnie, wszyscy nadal tu pozostaną, Im głośniej więc prezydent pokrzykuje dziś na wiecach na „warszawkę”, którą reprezentuje jego rywal, a do której niejako automatycznie prezydent zapisuje też elektorat Rafała Trzaskowskiego; im bardziej „nam”, którzy go popierają, przeciwstawia „onych”, którzy mają inną wizję kraju, tym bardziej – w przypadku zwycięstwa obecnego prezydenta – zmniejsza się szansa na jakiś elementarny konsensus między zwycięską większością a przegraną mniejszością. Przy czym owa mniejszość będzie – tu sondaże są zgodne – bardzo zbliżona liczebnie do większości. A więc na dzień dobry spycha się pół Polski poza margines uosabianej przez prezydenta wspólnoty narodowej. Warto być z założenia prezydentem połowy Polaków?

Stąd apel: panie prezydencie, niech pan mniej krzyczy. Dla swojego i naszego dobra.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM