„Nie wykluczam, że Rosjanie mają najróżniejsze ambicje terytorialne. Nie możemy zajrzeć nikomu do głowy. (…) Musimy zaakceptować, że NATO i Unia Europejska nie mogą sięgać bezpośrednio granic Rosji, ponieważ Rosjanie zawsze odpowiedzą na to wojną" – to sobotni komentarz Viktora Orbána, najbliższego ze stronników zarówno Władimira Putina, jak i prezydenta Donalda Trumpa. Ta kuriozalna wypowiedź to bez wątpienia echo Davos, gdzie Orbán zademonstrował karną lojalność wobec swojego amerykańskiego patrona, nie tylko deklarując jako jeden z pierwszych udział w Radzie Pokoju, ale też pusząc się przed kamerami w pierwszym rzędzie podczas przemówienia prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cóż, dla polskiej prawicy musi to być, jeśli nie bolesne, to przynajmniej konfudujące, że Orbán mimo prokremlowskiego kursu jest tak nagradzany przez Trumpa. Liberałowie nie mają natomiast złudzeń; Orbán to dowód, że polaryzacja wschód–zachód się zakończyła.
Po której stronie jest Viktor Orbán?
Fakt, że podwójna lojalność kleptokraty z Budapesztu jest możliwa, potwierdza tezę, że rosyjski dyktator i gospodarz Białego Domu stoją po jednej stronie. To światowa frakcja stronników siły. Orbán, choć wódz bez armii, świetnie się w nią wpisuje, a udział w Radzie Pokoju dodaje mu skrzydeł. Zgłosił przecież akces do ekskluzywnego klubu dyskusyjnego Trumpa. Wraz z Beniaminem Netanjahu, Ilhanem Alijewem i Aleksandrem Łukaszenką. Jako jedyny (jak na razie) w tym gronie europejski „demokrata”.
Ów wiatr w skrzydła dodał mu pewności siebie, czego efektem jest sobotni komentarz. Z niedostateczną – moim zdaniem – uwagą odczytany w Warszawie. To bardzo dziwne słowa jak na lidera państwa sojuszniczego paktu północnoatlantyckiego. Orbán, pisząc bowiem, że „NATO i Unia Europejska nie mogą sięgać bezpośrednio granic Rosji, ponieważ Rosjanie zawsze odpowiedzą na to wojną”, zdaje się zapominać, że NATO i Unia już od dawna sięgają granic Rosji. To nie tylko polskie sąsiedztwo z okręgiem królewieckim, ale także bezpośrednia granica Łotwy i Estonii, będących członkami Unii oraz NATO. Czyżby Orbán zapomniał o realiach geopolitycznej mapy?
Jak rozumieć słowa Viktora Orbána o wojnie?
Nie sądzę; nie jest aż tak niedouczony. Jego wypowiedź to ni mniej, ni więcej, tylko strategiczne opowiedzenie się po stronie Kremla i potwierdzenie, że powinniśmy się liczyć w Europie Wschodniej z perspektywą wojny. Orbán już to wie i mówi to na głos. Wyciąga logiczne wnioski z tego, co słyszy na Kremlu i jak rozumie deklaracje Trumpa. Jak się więc zachowa, jeśli realna perspektywa wojny na poważnie zagości w Europie Środkowej? Po której stanie stronie? Trudno mieć wątpliwości, że po stronie siły, czyli Kremla. Ale już dziś jego słowa szokują; dowodzą, że Węgry pod jego rządami to najsłabsze ogniwo, a może i „piąta kolumna” Putina w NATO. Sojusznicy powinni wziąć to pod uwagę, a Warszawa, Ryga i Tallin przynajmniej domagać się w trybie pilnym wyjaśnień. Może warto też ograniczyć udział Budapesztu w pracach planistycznych NATO. Nie ma przecież pewności, że ich tajne szczegóły nie wylądują dzięki węgierskiemu premierowi na biurku Putina. W Brukseli pewnie już to wiedzą. Co nie zmienia faktu, że najbardziej czujni powinniśmy być w Warszawie. Zachowanie Orbána i jemu podobnych to papierek lakmusowy światowej polityki siły.