Szefowa rządu przedstawiła własną, dość ambitną wizję rozwoju państwa. Na czym polega ta wizja? Chodzi o postawienie na bardzo silny, stymulowany instrumentami finansowymi rozwój gospodarczy, któremu towarzyszy próba wzmocnienia pewnych tradycyjnych wartości w społeczeństwie. Szydło mówiła więc o szansach młodych, o przedsiębiorczości i innowacjach, ale też o pomocy starszym, podporządkowania mediów publicznych i kultury budowie dumy narodowej. Temu celowi ma być też podporządkowana „asertywna i podmiotowa” polityka zagraniczna.
To zupełna nowość – próba zdobycia społecznej sympatii za pomocą stymulowania wzrostu gospodarczego i bardzo hojnych wydatków socjalnych, przy postawieniu na zdecydowany konserwatyzm w sferze społecznej.
Można z tą wizją polemizować, ale bez wątpienia jest to powrót – po ośmiu latach polityki ciepłej wody w kranie – do marzeń o dużych projektach politycznych i społecznych, do wiary w to, że państwo jest w stanie być nie tylko regulatorem, ale, że może realizować duże projekty również społeczne. Powodzenie tego projektu nie musi być złe. Ale musi mu towarzyszyć szacunek dla wolności i zasad demokracji. Nie może też doprowadzić do izolacji Polski w Europie i przesunięcia naszego kraju na wschód.
Niestety kilka fragmentów wystąpienia Szydło trąciło fałszem. Mało szczerze brzmiały deklaracje o tym, że chce przywrócić wiarę w demokrację, skończyć z pychą i arogancją władzy tuż po tym, jak PiS ograniczył prawa opozycji, pozbawił ją kontroli nad sejmową komisją ds. służb specjalnych, przygotowuje ustawy pozwalające przejąć Trybunał Konstytucyjny czy po kontrowersyjnej decyzji prezydenta o ułaskawieniu byłego kierownictwa CBA. Zapewnienia Jarosława Kaczyńskiego, że opozycja i prywatne media mają prawa istnieć, to słabe uspokojenie.
PiS po wygranych wyborach kilka razy już tak faulowało. Trzeba mieć nadzieję, że to były wypadki przy pracy, nie zaś zapowiedź sezonu politycznego, tak gorącego jak w latach 2005-2007. Wszak ciekawy pomysł IV RP upadł wówczas pod ciężarem nieustannych politycznych awantur. Skutki tego odczuwamy do dziś.