Trafny. I tak naprawdę zgodny z tym, co na temat konieczności przyjmowania uchodźców mówią politycy innych partii. I zgodny z tym, jak postępował poprzedni rząd. Tylko, że takie uderzenie w Niemcy nie było konieczne.
 
Po zamachach na Paryż nastawienie do przyjmowania zaproszonych przez nich imigrantów zmienia się w całej Europie. Odwołując się do "solidarności" Angela Merkel już wiele nie osiągnie, nie tylko w naszym regionie.

Wielekroć pisaliśmy, że nie ma powodu, by Polska i inne kraje regionu miały ponosić koszty nieodpowiedzialnej decyzji pani kanclerz, która kierowana uczuciami i podpowiedziami ekspertów od luk na niemieckim rynku pracy zaprosiła do Europy miliony ludzi. Co z radością usłyszeli nie tylko uchodźcy.
 
Nie znam w Polsce partii, która by nawet przed atakiem na Paryż się domagała, byśmy przyjęli kilkaset tysięcy imigrantów. A tyle by nam przypadło według wzorców z Berlina i Brukseli z tych trzech milionów, które mają dotrzeć na nasz kontynent do końca przyszłego roku. Chyba wszystkie ugrupowania mówią o przyjęciu uzgodnionych już przez rząd Ewy Kopacz kilku tysiącach. I na tym, sądząc po nastrojach w Europie, może się skończyć.
 
Pani premier lakonicznie zapowiedziała solidarną współpracę w walce z terroryzmem, ale nie dodała, czy oznacza to udział w montowanym przez Francuzów sojuszu przeciw tzw. Państwu Islamskiemu. Jeżeli tak, to - po lekcji irackiej - trzeba powiedzieć, że nasze uczestnictwo powinno być symboliczne, na zapleczu wojny, a nie na głównym froncie.
 
Usłyszeliśmy, że polityka zagraniczna będzie asertywna i podmiotowa. To brzmi dobrze, ale powstaje pytanie, czy w czasie wielu kryzysów, gdy każde państwo działa wedle zasady "ratuj się kto może", poza retoryką można w dyplomacji wiele zmienić.
 
Beata Szydło wie, że to bardzo trudne. Teraz Polska będzie się starać już tylko o "umocnienie wschodniej flanki NATO". Nie ma mowy o stałych bazach, o których na początku urzędowania jako celu wspominał prezydent Andrzej Duda. Bo, niestety, niezależnie od naszej asertywności państwa starego NATO nie chcą, by (miejmy nadzieję, że tylko w zakresie baz) Polska miała taki sam status jak one. Choć, zwłaszcza w USA, widać pozytywną ewolucję w tej sprawie.