Mirosław Żukowski: PiS olimpijski

To, że Radosław Piesiewicz zostanie prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego wiadomo było od momentu, gdy z ubiegania się o kolejną reelekcję zrezygnował Andrzej Kraśnicki.  Zrezygnował, gdyż zobaczył, że w starciu z finansową machiną partii rządzącej, w imieniu której Piesiewicz obiecuje samemu komitetowi i związkom sportowym złote góry, po prostu nie ma szans.

Publikacja: 22.04.2023 18:16

Radosław Piesiewicz został prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego

Radosław Piesiewicz został prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego

Foto: PAP/Leszek Szymański

W praktyce ta zmiana oznacza, że rządząca partia silna pieniędzmi spółek Skarbu Państwa zawłaszcza kolejną instytucję, tym razem z przyzwoleniem jej członków, którymi są w większości związki sportowe. One zagłosowałyby nawet na Myszkę Miki, gdyby ta siedziała w kieszeni wicepremiera i ministra aktywów państwowych Jacka Sasina. A Piesiewicz taką myszką jest i dlatego może obiecywać wszystkim wszystko: dla PKOl - więcej pieniędzy, dla medalistów olimpijskich - wyższe premie i mieszkania, dla związków w sportach niszowych - telewizję PKOl. Gdy przyjrzeć się uważnie tym obietnicom, to wynika z nich, że nadchodzi zbawca, który położy kres wszelkim kłopotom polskiego sportu. 

PKOl w okresie między igrzyskami wpływu na przygotowania sportowców nie ma prawie żadnego, o wszystkim decydują związki. Większość z nich jest na garnuszku państwa, a tylko nieliczne takie jak np. piłka nożna czy siatkówka mogłyby funkcjonować samodzielnie. Żaden nawet najsprawniejszy guru od marketingu nie sprzeda reklamodawcom czy mediom - z całym szacunkiem dla tych sportów -  pięcioboju nowoczesnego, łucznictwa, zapasów, strzelectwa, wioślarstwa czy kajakarstwa. Akurat w tych dwóch ostatnich sportach mamy od dawna olimpijskie medale, ale czy ktoś z ich zdobywców przebił się reklamowo, czy mamy transmisje z regat wioślarskich w ważnych mediach?  Ci sportowcy nie mają szans w świecie zawłaszczonym przez Roberta i Annę Lewandowskich, Igę Świątek, walki w klatkach i Fame MMA. 

Czytaj więcej

Nowy szef PKOl wybrany za zamkniętymi drzwiami

Medaliści w wielu sportach zauważalni są tylko wtedy, gdy znicz jeszcze płonie, potem rynek narzuca swoje prawa. I wtedy właśnie ważne jest to, co daje państwo - stypendia, nagrody, wyjazdy na obozy treningowe. A dziś państwo to PiS, państwo to Piesiewicz i dlatego szedł on po władzę w PKOl przez nikogo w świecie sportu nie niepokojony. Jak z tego widać w tym środowisku wiara w to, że po jesiennych wyborach potrzebna będzie kohabitacja między prezesem a inną władzą nie jest przesadna, czemu akurat trudno się dziwić. 

Czytaj więcej

Radosław Piesiewicz: PKOl musi mocniej pomagać sportowcom

Polski Komitet Olimpijski zawsze był organizacją w mniejszym lub większym stopniu zależną od rządzących, ale jeszcze nigdy we wszystkich dziedzinach nie promowali oni swoich tak nachalnie i niezależnie od kompetencji jak PiS. Dlatego Piesiewicz za Kraśnickiego to nie jest zwykła zmiana warty i oby sportowcy wyszli na tym lepiej niż konie arabskie w Janowie. Na razie pewne jest tylko jedno: może trochę zbyt cichego biurokratę zastąpił działacz, którego elokwencja - jak dowodzą jego słowa jako prezesa Polskiego Związku Koszykówki podczas mistrzostw świata - czasami do olimpijskich standardów nie pasuje. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami jak to, że Piesiewicz publicznie klnie jak szewc, gdy stoi za nim współtwórca takich sukcesów jak elektrownia w Ostrołęce czy wybory kopertowe.

W praktyce ta zmiana oznacza, że rządząca partia silna pieniędzmi spółek Skarbu Państwa zawłaszcza kolejną instytucję, tym razem z przyzwoleniem jej członków, którymi są w większości związki sportowe. One zagłosowałyby nawet na Myszkę Miki, gdyby ta siedziała w kieszeni wicepremiera i ministra aktywów państwowych Jacka Sasina. A Piesiewicz taką myszką jest i dlatego może obiecywać wszystkim wszystko: dla PKOl - więcej pieniędzy, dla medalistów olimpijskich - wyższe premie i mieszkania, dla związków w sportach niszowych - telewizję PKOl. Gdy przyjrzeć się uważnie tym obietnicom, to wynika z nich, że nadchodzi zbawca, który położy kres wszelkim kłopotom polskiego sportu. 

2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Komentarze
Stefan Szczepłek: Orban, czyli nieszczęście Węgrów
Komentarze
Jędrzej Bielecki: Ursula von der Leyen znów na czele KE. Dlaczego Unia panicznie boi się zmian?
Komentarze
Dlaczego Donald Tusk nie powinien atakować białoruskich informatyków
EURO 2024
Kamil Kołsut: Ciemne chmury nad Europą. Jeśli piłka da nam oddech, to tylko na chwilę
Akcje Specjalne
Naszym celem jest osiągnięcie 9 GW mocy OZE do 2030 roku
Komentarze
Artur Bartkiewicz: Poseł na dachu, czyli jak wysoko mogliśmy zajść
Komentarze
Michał Szułdrzyński: Tusk i Sikorski w grze o najwyższe stanowiska w UE? Jeśli ktoś wywróci stolik