Czytaj więcej

Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 255

Z okazji Dnia Jedności Narodowej, obchodzonego w Rosji w rocznicę wypędzenia Polaków z Kremla, Władimir Putin po raz kolejny tłumaczył cele trwającej już dziewiąty miesiąc wojny. Przekonywał, że gdyby w lutym nie podjął decyzji o inwazji, Rosja znalazłaby się jeszcze w gorszej sytuacji niż jest obecnie. Jak zawsze posługiwał się skrótami, nie precyzował. Cokolwiek to znaczy, Rosjanie powinni jedynie wiedzieć, że podjął „słuszną decyzję” i gdyby tego nie zrobił „byłoby jeszcze gorzej”.

Jak Putin wyjaśnił, dlaczego „druga armia świata” ugrzęzła w wojnie z Ukrainą? Przekonywał, że nad Dnieprem Rosja walczy nie z Ukrainą, tylko z Zachodem, który „dostarcza tam najemników i broń”. Ten prawdziwy wróg Rosji, jak wskazywał Putin, jedynie wykorzystuje Ukraińców do „realizacji swoich geopolitycznych celów”. Prezydent Rosji nie przyzna przecież, że najechał sąsiedni, postradziecki kraj, ale jego armia doznała takich strat, że musiał ogłosić mobilizację i uzupełniać szeregi sił zbrojnych więźniami z rosyjskich kolonii karnych. Wróg musi być potężny, a najlepiej nieznany. Tzw. kolektywny Zachód (takiego określenia używają władze Rosji) do tej roli jak najbardziej się nadaje, bo jest wrogiem odwiecznym i większość Rosjan widziała go wyłącznie z ekranu telewizora.

Czytaj więcej

Miedwiediew: Słuchamy słów Stwórcy, walczymy z Szatanem

Jeszcze dalej poszedł zastępca Putina w Radzie Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew. Z okazji najbardziej antypolskiego święta w Rosji sugerował Polakom kolejne rozbiory. Ale znacznie ciekawsze przemyślenia zawarł w odrębnym artykule, w którym próbuje wyjaśnić dlaczego Rosja „walczy w słusznej sprawę”. Okazuje się, że jego kraj nie walczy tak naprawdę z Zachodem, tylko z diabłem. "Słuchamy słów Stwórcy w naszych sercach i podporządkowujemy się im. Te słowa wyznaczają dla nas święty cel. Celem jest powstrzymanie głównego władcy piekła" – grzmi Miedwiediew.

Od Rosji odwrócili się nawet najbliżsi sojusznicy z postradzieckiej Azji Środkowej

Trubadurom rosyjskiego imperializmu pozostaje już tylko metafizyka. Bo rzeczywistość jest gorzka. Chcieli odepchnąć NATO do granic sprzed 1997 roku, a NATO w konsekwencji jest już w Szwecji i Finlandii. Chcieli uzależnić Europę od surowców energetycznych, ale na własne życzenie spalili budowane przez dziesięciolecia mosty. Mieli w ciągu trzech dni zająć Kijów i pokazać całemu światu odradzającą się imperialną potęgę, a dzisiaj muszą już nawet ewakuować się z okupowanego w pierwszych dniach wojny Chersonia. Od Rosji odwrócili się nawet najbliżsi sojusznicy z postradzieckiej Azji Środkowej.

O tym lepiej jednak nie mówić. Rosjanie wolą słuchać historii o wypędzeniu Polaków z Kremla w 1612 roku i o odwiecznej walce dobra ze złem. Tego, kto stoi po tej stronie zła, też lepiej nie precyzować.