Dowodzą tego reakcje na warszawski szczyt bliskowschodni. Od jego oficjalnej zapowiedzi, a dokonał tego niestety sekretarz stanu USA, nie zaś polscy dyplomaci, uważany był za antyirański. Bo tak go przedstawił Mike Pompeo. Jego wypowiedzi w Warszawie też były antyirańskie, jeszcze dalej poszedł wiceprezydent Mike Pence, który mówił o zagrożeniu nowym Holokaustem ze strony Teheranu.

Ale w deklaracji końcowej, na której treść czekali niezaproszeni Irańczycy oraz zaproszeni Zachodni Europejczycy i niektórzy Arabowie – np. Katarczycy, o Iranie nie ma ani słowa. To sukces polskiej dyplomacji. Obiecała to zatrwożonym i spełniła. A trzeba podkreślić, że jest to deklaracja polsko-amerykańska. USA, mimo wszystkich wojowniczych antyirańskich słów, które padły w Warszawie, nie wymusiły na Polsce zapisania ich w dokumencie.

Polska nie odcięła się od unijnego stanowiska, wspierającego nuklearne porozumienie z Teheranem z 2015 roku. I dyplomacje czołowych krajów wspólnoty nie głoszą, że Warszawa rozbija UE, mimo że dużo o rozbijaniu można przeczytać w mediach.

To najważniejszy wniosek ze zorganizowanego w stolicy naszego kraju spotkania. Pozytywny. Jest i negatywny, mniejszego kalibru – o nim, w przeciwieństwie do treści deklaracji, mówiło się tyle, że ja wspomnę o nich krótko. Prominentni goście ze Stanów Zjednoczonych i Izraela wypowiedzieli słowa, uderzające w gospodarzy. Można nawet zrozumieć, że premier Beniamin Netanjahu walczy w kwietniowych wyborach o przetrwanie. Ale powinien szczególnie dbać o precyzję wypowiedzi w obecności 24 izraelskich reporterów, tak by wyrwane z kontekstu słowa (wyrywanie jest specjalnością dziennikarzy), dotyczących jednego z najbardziej przyjaznych Izraelowi krajów w Unii Europejskiej (to przyjazne nastawienie widać w głosowaniach na forum unijnym i w ONZ). Podobnie z Amerykanami, oni też nie powinni wzburzać opinii publicznej w Polsce naciskami na restytucję mienia.

Błędem było pozostawienie pierwszego dnia konferencji grupce opozycji irańskiej i jej przyjaciołom po to, by zapowiedzieli chęć obalenia ajatollahów. Środa była medialnie ich, bo innych informacji i obrazków związanych z konferencją jeszcze nie było. Antyirańskość uzyskała piękną oprawę, przy tym przekazie pozostało do końca wielu dziennikarzy i opozycja.

Niepokoi, że opozycja ograniczyła się do wyśmiewania konferencji, do nazywania rządu lokajami czy podwykonawcami Amerykanów, od których zależy polskie bezpieczeństwo. Niepokoi, że jeden z najważniejszych opozycjonistów skarżył się Berlinowi, że w Warszawie szykuje się katastrofę dyplomatyczną.

Mam narastające przekonanie, że opozycja nie potrafi racjonalnie spojrzeć na wyzwania, przed którymi stoi Polska, i nie bardzo rozumie (albo nie chce tego głośno powiedzieć, bo jej to nie służy), co się na świecie i w Europie dzieje. Niedawno przysłuchiwałem się w czołowym antyrządowym think tanku wykładowi jednego z najważniejszych dyplomatów opozycji. Ze swadą krytykował PiS (jego prawo). Ale jednocześnie wykazał się niewiedzą na temat nastawienia grup etnicznych w Wielkiej Brytanii do brexitu (co mu od razu wypomniał jeden z uczestników debaty) oraz na temat podpisywanego chwilę później przez przywódców Niemiec i Francji traktatu akwizgrańskiego (to z kolei wykazała treść tego dokumentu i komentarze specjalistów niemieckich i francuskich). A mówił to, bo pasowało mu do antypisowskich tez.

Wniosek jest smutny: wojna polsko-polska szkodzi Polsce. I zdecydowanie nie jest to tylko wina PiS.