Nazywał się Muath al-Kasasbeh, był muzułmaninem i pochodził z Jordanii. Pilotował myśliwiec F-16 feralnie zestrzelony nad terytorium kontrolowanym przez ISIS. Od grudnia jordańskie siły zbrojne podejmowały działania na rzecz jego uwolnienia. Łudzono się, że uda się go wymienić na schwytaną w Ammanie terrorystkę.
Dziś wiemy, że tak się nie stanie. Płonąca ludzka pochodnia mająca na celu zastraszenie świata ma dla tych barbarzyńców większą wartość niż życie ich towarzyszki broni. Armia jordańska oficjalnie potwierdziła śmierć Muatha al-Kasasbeha i wezwała do uznania go za męczennika.
To oczywiście nie pierwsze spektakularne morderstwo dokonane przez siepaczy z ISIS. Terroryści regularnie domagają się od rządów państw świata okupów za porwanych obywateli, nieważne, czy są dziennikarzami, pracownikami instytucji humanitarnych, czy zwykłymi cywilami. Jeśli okup się nie pojawi, zakładnicy idą pod miecz. Każda z tych śmierci jest dramatyczna i ważna dla opinii publicznej, ale sprawa Jordańczyka niesie ze sobą dodatkowe ważne sensy.
Po pierwsze, przypomina, że ofiarami tej wojny są przede wszystkim sunniccy muzułmanie. Zatem nie jest to wojna religijna, tylko wyzwanie rzucone przez zbrodniczą sektę całemu światu. Po drugie, spektakularne okrucieństwo tej zbrodni nawiązujące do czasów Nerona stawia jej sprawców poza marginesem normalności. Tu już nie chodzi tylko o przerażenie i strach wśród przeciwników. Tu do głosu dochodzi zwykłe zwyrodnialstwo.
Mam nadzieję, że świat islamski to dostrzega i wyciąga wnioski. Jakie? Przede wszystkim ISIS straci w końcu resztę poparcia oraz źródła finansowania z zewnątrz i, co ważniejsze, ostatki jakiejkolwiek legitymacji moralnej. Dotąd Państwo Islamskie miało wśród muzułmanów kibiców, którzy wierzyli w szczerość religijnego zapału. Po śmierci Jordańczyka musi to powoli zacząć się zmieniać.
To także dobra chwila, by przypomnieć politykom całego świata, również rodzimym, że walka z fundamentalizmem jest naszym wspólnym obowiązkiem. Jeśli jej nie podejmiemy, spłoną kolejni „niewierni". Nie tylko w Syrii, ale również w Paryżu, Londynie i Warszawie.